Byłem w księgarni… męczarnie. Dotykałem, pogłaskałem, ukradłem kilka słów i myk… Skręciłem w lewo, dwa razy w prawo i już oczy dostrzegały witrynę sklepu z cudeńkami, aparatami. Wycofałem się. Po co mi te katusze? I tak nie kupię, nawet na raty… Męczarnię ukoiłem w najlepszej poznańskiej jadłodajni (Jowicie).
Dwa dania, gazeta, dziesiątki mlaskających. Rewelacja! Być wśród ludzi. Każdego chciałem wycałować, ale po oględnym przejrzeniu kadr stołówki, wybrałem trzy dorodne jabłka, dwie gruszki i jedną śliwkę. Rozszyfrowując były rude, szatynki i zmęczona, lecz piękna blondynka.
Jestem syty…
I to wszystko dzięki mojej byłej. Ona żąda ode mnie pieniędzy, a sama: - Ostatni raz mogę Ci pomóc – orzekła. Pobiegłem, więc do Biedronki i piorę, i gotuję i mam udany piątek…
A jutro, Ona na imprezę, a u mnie wieczorem Szymon….
Okaleczeni! Ze skrajności w skrajność…

