Zbyt częste jedzenie w samotności odbiera apetyt, siły witalne, a jest udowodnionym – przeze mnie – powodem zgagi.
Na mojej trasie dom – dworzec – dom jest przystań otwartych zapachów. I z kuchni i od klientów czuć głód, pragnienie, mocz, pot, głód.
W Eurusiu, barze mlecznym prima sort (chociaż tęsknię za zlikwidowaną Miniaturką na Matejki) są panie w pięknych toaletach, studenci prywatni i społeczni, nauczyciele i bankowcy. Są gnojki plujące do zupy i załamani swoim stanem cherlawi aktorzy życia.
Jestem i ja.
Zależy mi na szybkim i tanim załatwieniu sprawy. W końcu za dychę nikt nikomu uczty nie sprawi. Jednak podglądam wybory innych zgłodniałych zup, mielonych, pierogów i maślanek.
Przyglądam im się uważnie i zbieram się już do startu, aby wszystkim zrobić pamiątkowe ujęcie. Takie pierwsze przyjęcie. Taki początek i koniec. Ale coś mnie ciągnie za lejce, coś powstrzymuje. I nigdy nie jestem bohaterem, żadnym wydarzeniem. Zamawiam, płacę, żartuję z panią w żółtym fartuchu, biorę przybrudzone sztućce i mlaskam, połykam. Potem zmykam. Umykam przez park, przez przejścia. Najedzony, zapatrzony, wygłodniały samotności…








