On mi, ja Jemu. Za miastem. W mieście. Gdzie się dało.
Robiliśmy zdjęcia. To wyżej, to dzieło Szymona, ja tylko pokryłem je tajemnicą.
Nie potrafimy siedzieć w domu. Szymon tylko poprosił o zabranie czytadeł. – Ty gazetę, ja książkę. W autobusach trochę pomilczymy, dobra?
Było zupełnie inaczej. Czytanie było, ale nad brzegiem rzeki.
A tak wymyślaliśmy rymowanki: Baba na targu bez utargu leży w śmieciach w letargu – to kawałek naszej wspólnej twórczości ambitnej… Była też pieśń o miłości: Ona skona, gdy ją dziobnie wrona…
W lesie rzucaliśmy liśćmi na odległość. Ale one tylko latały, wirowały, uciekały.
Po siedmiu godzinach wróciliśmy udając kangury. Skakaliśmy, a ludzie na ulicy pukali się w czoła.
Nudziarze.









