niedziela, 28 lutego 2010

klops

No i klops!
To przez niego ten rozstrój. Ten brzuch. Ta głowa. Te myśli. To zwracanie, wywracanie, zawracanie.
Pobudzić się do ruchu¸ gdy ma. wyjechała, gdy Szymon wpadł i wypadł, gdy każdy gest boli jak kac potwór?
Wiedziałem, że samotna niedziela będzie wredna, że ponownie otworzę zaklęte rewiry. Starałam się, prosiłem, dłonią po twarzy. Pomogło chwilowo, bo ten ból, ten kryzys ciała nie pomaga duchowi.
W kościele aniele stróżu mój recytowało dziecię, stojące mi za uchem. W starej kamienicy byli rzeźnicy, rozwalili drzwi, okiennice i pozostawiali autografy moczu i taniego wina. W parku, jak w barku też picie, bicie. Żadnego spokoju. A na niebie oznaka znudzenia, anagram cierpienia – pochmurno, byle jak, byle co.
W domu cicho, nie ma odezwać się komu.
Na ulicach śmieją się kobiety, a z okien szydzą z nich berety.
Jestem w stanie rymu – płynu, zaraz się rozleje po mieszkaniu, krzycząc: ­- Ty, draniu, pomyśl o pisaniu, spaniu…
A w uszach, dla sąsiadów, Massive Attack

sobota, 27 lutego 2010

blisko

Dla fizycznego ukojenia Kult, Salon Recreativa.
A rewolucja wtargnęła do kuchni. Na sztandarach krokus, piękny polski powiększalnik. Tak! Mam go!
W domu człowieka o twarzy podobnej do nikogo pchli targ. Wszystko i nic, najwięcej kolorowych butelek, które w delikatnym półmroku, tworzyły witraże. A w nich twarz ma., która niczym anioł stróż, pomagała mi w negocjacjach. Piątka, pięść, uścisk. Dogadaliśmy się.
Razem z darami Rafała jestem już bliski finału. Ciemnia już o krok, a dla Majki CMOK za przytarganie wielkiego pudła.
Rano wyjeżdża ma., przyjeżdża na trochę Szymon. Sztafeta pokoleń, sztafeta miłości.
Wszystko ich łączy, tylko, że Szymon woli Strachy na lachy, a ma. Dżem.
I jak ich nie kochać, i jak i czego się tu bać?!

piątek, 26 lutego 2010

szczęściarz

Proszę Państwa, oto miś. Miś jest bardzo szczęśliwy dziś!!!
Rano z bólem brzucha, w dyżurce onkologów, czekałem na wieści na temat bycia ma. Ból się wzmagał, lekarza utkwił w windzie. A potem się zaczęło.
Ma. ma się lepiej, lekarz przewidział długie życie. Dałem mu buziaka w dłoń, czym rozśmieszyłem stażystów i pomknąłem w miasto. A tam.. ma. Wstała z łóżka i chciała łazić, gadać, żyć.
Cudów ciąg dalszy zaczął rozwijać się jak w klasycznej kreskówce. Szybko, barwnie, z gagami.
Od wielu miesięcy szukam aparatu Lomo. Wszyscy znawcy staroci, gdy mnie widzą, zamiast dzień dobry, odpowiadają: ­­ nie ma. Wiedzieli, o co zapytam. Ten dzisiaj nie znał mnie, moich pragnień, ale miał Lomo. A moja ma. razem z trzema wybranymi książkami, kupiła to dzieło radzieckiej, myśli zniewolonej. Reeeeeeeewelacja.
Ale dalej. Idę na spotkanie w sprawie terminu sesji. Spotykam dwie dwudziestopięciolatki. Zakochane w sobie, w szaleństwie życia. Piję kawę, one wino. Sesja za miesiąc.
Potem wręczam zdjęcia E. Ona daje mi zgodę na publikację dwóch ujęć i poezję Zagajewskiego. Buziak, lecę.
Dzwoni telefon. Majka. Rafał. Nasze z Szymonem marzenia o ciemni stają się realne. Rafał sprezentował mi część swoich skarbów. A Majka tuż przed drugą w nocy będzie na dworcu. Będę tam i ja. Odbiorę te cudeńka.
Wracam do domu szalony wydarzeniami. I…? Przy telefonie przyjaciel ma. – Mam dla ciebie Lubitela. Odkładam, niebawem podeślę…
Dziękuję.
Dziękuję, że żyć się chcę. Co za dzień! Co za życie. 

czwartek, 25 lutego 2010

laboratorium

A więc czas zaadaptować łazienkę.
Fotografia dla wszystkich, Benno Wundshammer (Wydawnictwo Artystyczne i Filmowe, 1989). Jestem po lekturze, spłowiałych kart odnalezionych w antykwariacie. Teraz za czytanie (trzech rozdziałów) zabiera się Szymon. Bo? Bo mamy zamiar stworzyć własne laboratorium fotograficzne. Powoli, ale skutecznie.
To co siedzi w głowie siedemnastolatka, czas z niej wyjąć, przypomnieć, odświeżyć, odkurzyć.
Szymon twierdzi, że w łazience wyprodukujemy bombę lub spirytus. Mam mniej ambitne plany i marzą mi się zdjęcia ostre, poruszone, rozmazane i wydobyte z palca, z oka, z duszy.
Benno Wundshammer pisze, że kobieta ma więcej niż sto twarzy, chcę wydobyć tę prawdę także we własnej ciemni.
Pan Stefan ze sklepu ze skarbami strychów i piwnic ­już wie, co to jest powiększalnik, bo wczoraj sprzedał sprawny za 22 złote, obiecałem mu dać 25, ale następny ma być mój. Gdy dzisiaj zadzwonił byłem pewien złotej inwestycji, ale on tylko przez pomyłkę pobudził moją wyobraźnie.
Szymon pociesza mnie kuksańcem. Ma rację. Mamy czas, mamy marzenia. Mamy siebie. 

środa, 24 lutego 2010

dopełnienie

Ma. jeszcze w nocy zadaje mi fundamentalne pytanie: - Kim, czym są dla ciebie kobiety?
Skonfundowany milczę. Ona spogląda przez ramię na ciągnące się dialogi na gg, otwartą skrzynkę, okna ze zdjęciami z dnia. Wszędzie Kobiety.
Nie odpowiadam wczoraj, robię to dzisiaj przez cały dzień z kawałkiem bezsennej nocy.
Kobiety są dla mnie NATCHNIENIEM i DOPEŁNIENIEM.
W słowie, obrazie, muzyce. W każdym oddechu. Kobiety to jednak nie MASA. Globalna kula śniegowa, a więc szukam jednej śnieżki. Do obmycia twarzy, dla otrzeźwienia, przywitania wiosny. Rozpoczęcia na nowo i na nowo.
Byłem dzisiaj na Moście Dworcowym. Szukałem Jej. Wyglądałem rudowłosych oczu w mokrych puklach deszczu. Po godzinie poddałem się i idąc Dąbrowskiego czekałem zaczepienia, zapytania.
W mojej głowie od kilku tygodni siedzi wygodnie A., kobieta nierozpoznana wciąż. Próbowałem ją usunąć jak niechcianego lokatora, ale wróciła i zadomowiła się na dobre. Stała się natchnieniem, wciąż szukam dopełnienia. 

wtorek, 23 lutego 2010

w chmurach

W żyłach Ma kolejna chemia. Płyn wysuszający, przedłużający chęci…
Za niebawem znowu odbiorę ją ze szpitala. I tak, co dwa tygodnie…
Ponad 38 lat zajęło mi dojście do kilku prawd. Do kilku błogosławieństw. Jednym z nich jest Ma.
Traktowaliśmy się przeróżnie. Paskudnie i nieporadnie. Wspaniale i z przytupem. Wreszcie staramy się być sobą. Syn i ma.
Ona z troską patrzy na moje zmagania, dopytuje o romanse i sny. Ze smakiem spogląda na przygotowywane posiłki i muśnięcia dłoni, lądującej na jej policzku.
Z podziwem dostrzegam jej siłę. Wiarę. Opętanie życiem.
Zbyt często wydawało mi się, że jest w niej niezrozumiałe szaleństwo, infantylizm, gadulstwo. Wszystkiego ponad miarę. Ciągle z głową w chmurach. I teraz pojąłem, że taki właśnie jestem ja… Nigdy niespełniony, duży dzieciak ze słowotokiem, pragnący zdobyć niezdobyte…
Gdybym miał inną ma. byłbym tylko kornikiem drążącym starą szafę lub parkiet podłogi. Aż zeżrę wszystko, aż zabiją mnie specyfikiem, kupionym w sklepie na rogu…
Chociaż często to słyszałem z tak wielu ust, to: - Nie jestem owadem, chwastem, dupkiem.
Zaczynam sobie wybaczać. Dochodzę do tej konkluzji przy ma.
Dziękuję. 

poniedziałek, 22 lutego 2010

ja-KOBIETA

rozlałam kawy
łzy
pies wrzeszczy
mąż szczeka
a gdzie Ty?

piszę
piszczę
pieszczę
syczę
ryczę
a gdzie Ty?

obgryzam
czerwony lakier
krwi
smaruję
na próbę przeguby
a gdzie Ty?

dzwonię
rano
nic
wieczorem
oddzwania żona
zgaduje
że tu Ty

potem widzę
cię gnoju
o świcie w monopolowym

wyjeżdżam

niedziela, 21 lutego 2010

klatki

Jeden dzień, jedna kobieta, jedna chwila. Blisko tysiąc zdjęć.
Moje ogłoszenie, prośba o spotkanie, zdjęcia przynosi ujęcia, klatki, cudowności.
Wiele godzin pracy, przyjemności – a ja spocony jak bóbr, zachwycony jak uczniak.
Suszarnia, krzesła, okna, stara kamienica, obwodnica spojrzeń. Od wielu godzin pstrykam i dostaję gęsiej skórki, lecą ze mnie wiórki SZAŁU.
Obrabiać te chwile będę pewnie przez kilka dni, ale nigdy nie zapomnę TEGO SPOTKANIA. Tego poddania, oddania, zaufania.
Dziękuję E.
Zdjęcie zamieszczam, po obejrzeniu dwustu klatek, za zgodą modelki, przyjaciółki, kobiety niedzieli…

sobota, 20 lutego 2010

rymy

A gdyby tak można ptakiem być. I lecieć, lecieć. I widzieć, widzieć.
A może dzisiaj życzenie spełniło się. Bo frunęliśmy, sunęliśmy i do przodu, i do spodu…
Majka, Szymon i ja.
Stara kamienica, parki, goniące po ulicach smarki, dziewczyny, mężczyźni i ich cienie, dusze, spieszenie, oddechy, spojrzenia.
Dziś kawałek Poznania budził w nas emocje odkrywców, zdobywców.
Pozowały nam zmurszałe mury, piękne białogłowy i Szymon. Powtarzaliśmy ujęcia do zawrotu głów, tak by sygnał do odwrotu odwlekał się i nie brzmiał, nie syczał.
Pijemy kawy, herbaty, soki i teraz z nas obiboki. Szymon czyta podarowaną książkę, Majka spokojem podgląda grzbiety biblioteczki, a ja piszę i rymów szukam i słów nie znajduję – tak me serce się raduje.
Wszystko ma swój czas… dzisiaj był czas tylko dla nas, zagubionych w oczach mas.



Wyróżnienie I LOVE YOUR BLOG, za które dziękuję Idzie, "otrzymują" Słodka, Bareya i Emma

piątek, 19 lutego 2010

telefon, spotkanie

Pani z dużej firmy zadzwoniła do małego człowieka. Ona o barwie głosu, takiej na długie noce. Ja rezolutny, ale spłoszony. Podobno wiele miesięcy temu wysyłałem aplikację. Podobno zapraszają mnie na rozmowę. 
W samo południe bez kapelusza, lecz w popłochu (bo dzień przed przyjazdem Majki rozłazi mi się niemiłosiernie) wstawiłem się na rozmowę.
I tak dowiedziałem się, że z dwustu kandydatów zostało kilku, w tym ja. Czyli finałowa rozgrywka, a ja bez odpowiedniego stroju.
Gadaliśmy – tym razem z panem – lekcyjną godzinę. W przyszłym tygodniu zapadnie wyrok czy spotkam się z samym szefem szefów. A jak się spotkam, to już… tuż… a nuż…
Zwykle w czasie takich rozmów myślałem o ciastkach, które zwyczajowo leżą na spodkach. I niczym ufoludek nie wiem czy mogę, czy powinienem choć głodny jestem. Dzisiaj ciasteczek, porzuconych przez uczestników konferencji, było sporo, ale moje myśli były wsłuchane w tego wizjonera z dużej firmy. 
Fascynująca propozycja, nawet nie śniłem, że kiedyś ktoś mi taką jeszcze złoży.
Co będzie dalej?
Podłogi muszę umyć. Połączyć makaron ze szpinakiem, rybą, serem i makaronem. Pójść na dworzec i nie myśleć o Pani i Panu z dużej firmy. 

czwartek, 18 lutego 2010

złość

Lubię, gdy kobieta chodzi po mieszkaniu tylko w mojej koszuli. Nie mam nic przeciwko, gdy nie zdejmuje butów kładąc się do łóżka. Nie protestuję, gdy bałamuci wzrok innych mężczyzn. Ale nie cierpię kobiet złych, nawet tych ładnych.
­- Co się pan tak gapi?
- Przepraszam…
- Co mi z pana przepraszam. Gapi się pan, bo jestem gruba!
- Jest pani piękną kobietą (naprawdę była piękna, była też puszysta…)
­- Co mi pan tu głodne kawałki wsadzasz. Wiem, że jestem gruba. Wypad z przedziału.
- Prze pra sza mmmm.
Wypadłem z deszczu pod rynnę. Zmieniłem nawet wagon.
- Nie będzie panu przeszkadzało jeśli zapalę?
- Wprawdzie jest to przedział dla niepalących, ale zgoda.
- Nie proszę pana o zgodę. Jak będę chciała, to się zaraz tu rozbiorę.
- A, to nie będę protestował!
Wyszczerzyłem kły i uznałem sprawę za zamkniętą. Ona pali, ja czytam. Spokój…chwilowy:
- Jest pan świnią, wszyscy faceci jesteście!
­- A co ja takiego zrobiłem?
- Przysiadł się pan tutaj nawet nie pytając o zgodę, a może chciałam być sama.
- Prze pra sza mmmm.
- Taaak, wy tylko przepraszać potraficie.
Uff, dojechałem do Leszna. Wysiadłem, zapaliłem papierosa, odwracając, nieopatrznie, wzrok w stronę ruszającego pociągu. Wskazujący palec palaczki, niczym chorągiew kobiecości, lśnił w słońcu okna przedziału. 

środa, 17 lutego 2010

obrazy

Jestem wyraźnie pobudzony, jakbym był w narkotycznym śnie. Wszystko, co dzieje się, ma swoje odniesie, swój ciąg dalszy.
W nocy przytulony do kobiety, która okazała się zabawką Syna, posmutniałem. Okazywanie aż takich czułości psiakowi mogło wywrócić jego pluszowy świat do góry nogami…więc było mi go żal i obiecałem, że od dzisiaj będzie spał…sam.
A potem dosiadł się do mnie czterdziestoletni mężczyzna, z którym od słowa do słowa doszliśmy do wspólnym pragnień. Chciałem robić zdjęcia, on grać na klarnecie, ukrytym w spłowiałym futerale. Musiałem wysiąść, uciec. Do klarnecisty dosiadła się dama z kotem w koszyku.
W piekarni z łubianki pełnej bułek wyleciały dwa jabłka i turlały się do moich stóp w zupełnej ciszy, którą przerwała pulchna buła, o imieniu Ela: ­- To moje śniadanie…I śmiała się, i dotykała moich dłoni, gdy podawałem jej ten dietetyczny owoc.
Na dworcu małolaty grały w karty, zakładając się o dziewictwo swoich klasowych koleżanek. Te w rogu chichotały kobiecością.
I gdy już cały świat wydawał mi się szaleństwem w osobowym ujrzałem Wenus. Nic nie było przypadkowe, poza współpasażerami, którzy przeszkadzali mi w podziwianiu jej piękna. Gdy bawiła się czerwoną nitką kabały na przegubie, czułem jakbym stał przed nią nagi. Wyzuty z wszelkich zahamowań.
Nie potrafiłem opanować oczu, więc skierowałem je na karty książki.
Brzemię rzeczy utraconych…Wenus zniknęła, a ja czuję, że natychmiast muszę wyjechać do Indii. 

wtorek, 16 lutego 2010

ogłoszenie

Bo strachliwy jestem, normalnie zlepek lęków, ale co mi tam!
Pisanie, fotografowanie, czytanie uratowało mnie. Ratuje. Przed złym Holdenem. To nie schizofreniczny brat. To ja sprzed lat. Ale wiem, że w środku, gdzieś jest we mnie jeszcze to i owo, tamto, owamto.
Próbuję już nie walczyć, próbuję pobudzać, to co dobre. Bo okazało się, że i takie elementy …mam.
A teraz – po bełkotliwym, przydługawym wstępie, wyłuszczam moją zachciankę. Robię to pełen obaw, ale pewna Kobieta, powiedziała: - No przestań, no jazda…
Zachcianka – propozycja, zwłaszcza dla tych, którzy mieszkają w Wielkopolsce (ale nie tylko) – jest taka: Wydaję mi się, że czasami robię dobre zdjęcia, a że uwielbiam je robić wciąż, może chcecie mieć kilka ujęć za zupełne free. Za pozy, dąsy, zachwyty, spacery, krzyki, portrety.
I żeby było jasne, żadnych Waszych potencjalnych zdjęć, bez zgody, nie umieszczę w necie. Dostaniecie je do łapek na płycie, a mi będzie pysznie, a Wam – wierzę w to – przyjemnie.
Tych, którzy chcą zobaczyć inne moje zabawy z aparatami, zapraszam na
http://szklarnia.wordpress.com/

*
A za wyróżnienie „I your blog” dziękuję Gosi-szg. Podsyłam je Matyldzie, Moni i Joannie

poniedziałek, 15 lutego 2010

wspomnienie

Sznurowałem językiem
ślad po mastektomii
odwracałem grzywę
rudych włosów
zasłaniałaś oczy
wstydu
gdy szukałem
jedynej
drugiej
spotykałem łzy
tej przeszłej

zaczęło się
milczeniem
pożyczeniem
(nagiej kobiecie
w oknie dziewiątego piętra)
koszuli
kubkiem  
gorącej herbaty

A
potem wyskoczyłaś
na pocztę

wciąż wyglądam listonosza

niedziela, 14 lutego 2010

lasem

W trzeciej godzinie marszu Szymon poddał się zmęczeniu:
­- Zostaw mnie tutaj, zostaw na pastwę lasu.
Po wypowiedzeniu tych słów, padł na śnieg i lamentował dalej:
­- Niech mnie zjedzą wilki, niech obwąchują sarny.
Brak mojej reakcji pogłębiał jego nostalgię:
­- Wiem. Wiem. To koniec cywilizacji. Nie spotkaliśmy zwierząt, bo ich już nie ma. Zostaliśmy tylko my.
Koniec cywilizacji i mi przypadł do gustu. Zaczęliśmy planować nasze bycie w niebycie. Już w trzeciej minucie rozważań doszliśmy do wniosku, że musiała ocaleć jakaś kobieta, bo:
- Bez kobiety nie damy rady – orzekł mój Syn. Przyznałem mu rację i w następnej godzinie spotkaliśmy ich nawet trzy. Wszystkie jednak miały mężów.
- Ci faceci, to cyborgi, a my jesteśmy poetami – to znowu Szymon.
Teraz już pojechał, a ja wspominam te ostatnie dni. I jestem najszczęśliwszym facetem na świecie, który wciąż trwa.  

sobota, 13 lutego 2010

SZALEJMY, karnawał




dom stary

Miał być las. Zwierzęta w ujęciach, sercach, uszach. Ziarno kupione, ziarno w nas zasiane… ale to jutro. Brak specjalnego stroju dla Szymona kazał odłożyć wyprawę… Dzisiaj było ryzykownie, ale niesamowicie.
Wymyśliliśmy obiad, a potem ruszyliśmy w miasto.
Opowiedziałem Synowi, że gdy byłem chłopcem, łaziłem po starych opuszczonych domach. Pełnych staroci, pełnych tajemnic, wyjątkowej wilgoci. Aby nie przyszło mu do głowy realizować samodzielnie podobnych planów, wybraliśmy się do takiej wielkiej kamienicy.
- Ryzykanci z nas, co? – zapytał, po przekroczeniu progu.
Byłem pewien, że spotkamy strudzonych pijaństwem, ale nikogo nie było (nie licząc szczurów).
Rozszarpane ściany, graffiti na sufitach, fekalia po kątach, butelki na schodach, powyrywane drzwi i okiennice. Strasznie, brzydko. Pięknie, ślicznie.
Porobiliśmy zdjęcia, a że Szymon chciał poznać tajniki fotografii analogowej, to czyż mogła trafić się nam lepsza sceneria?
Śledzeni przez cienie byłych lokatorów czmychnęliśmy do własnej kuchni. Na obiad wpadła niczym mewa, mama Szymona. Zjadła, pochwaliła smak i odleciała.
A my tęsknimy do opuszczonej kamienicy, do której już nie wrócimy. Lepiej jest tęsknić, wspominać, rozpamiętywać.
Tam już nie ma do czego wracać.
A jutro polowanie z aparatami na zgłodniałe sarny i zające. 

piątek, 12 lutego 2010

substytut

W mojej głowie siedziało to od dawna. Ale wewnętrzny leń, mówił: - Nie, nie. Nic nie zmieniaj. Niech zostanie po staremu.
Nie usłuchałem.
Zmieniłem, a struga potu leci po karku i kap, kap.
Może to substytut przeprowadzki, zmiany, odmiany, wymiany. Może?
Przemeblowałem pokój. Huragan zmian… Z ciasnego pomieszczenia powstały niemal trzy. Żadnych widocznych ścianek, ale jest sypialnia, jest gabinet, jest odpoczynek…
Wszystko potrzebne do pracy na wyciągnięcie ręki. Płyty, dyski, książki, fotografia.
- Jest inny świat ­– skomentował Szymon, który pomagał uprzątnąć pobojowisko mojego szaleństwa.
Na INNY ŚWIAT patrzą Weronika, Szymon, Ma., Bracia, Babcia. Są nad moją głową w chmurach. Wiszą na niebie ściany, a ja na ziemi biurka uśmiecham się do Nich.
Aż gości by się chciało mieć. I pić, gadać. I pić, śpiewać. I pić, tańczyć. I pić, marzyć.
I
aż do utraty tchu. 


czwartek, 11 lutego 2010

zdarzy

Pożyczyłem Nosowską śpiewającą Osiecką. Upajam się głosem, tekstem płynącym z głośników. I zadaję pytania i dzisiaj słyszę odpowiedzi.
Ukradkiem czmychnąłem z pracy. Porwałem Szymona. Zostaje tu do niedzieli. A ja jutro do żadnego pociągu nie wsiądę. Laba. Sprzątanie, gotowanie. Tacierzyński… 
Szymon czyta, to czym usypiałem Go przed laty – Baśnie fińskie. Ja próbuję odpędzić złe czarownice, zwodnicze księżniczki i wspaniałe czarodziejki. Próbuję nie myśleć o kobietach. Odpędzam imiona, grymasy twarzy, fałdy lub ich zadziwiający brak. Odpędzam w papierosowym dymie słowa składane w przysięgi. Mówię dość podrywom i zaręczynom. Mówię: dość niezrozumieniu i udawaniu. Tylko Kokaina, Nosowska, Osiecka. Inne precz!
Ale po chwili serce boli, męczy splin… jaka pani dzisiaj blada…
Mózg jedno, dusza drugie. Walczą we mnie pragnienia, marzenia, głupoty i głupotki. Męczy wyobrażenie kobiety, która prosi bym nie szukał w niej… kobiety…
Oj, niech się zdarzy COŚ, co da się nazwać, zrozumieć. Bez niedopowiedzeń, udawania, skradania… COŚ, to nie jest KTOŚ!!! To: 
Ty, ja. My…

środa, 10 lutego 2010

mur

Nie lubię tego mojego rozkapryszenia. Nastrojów, dołów. Upadków na życzenie. Wymyślania problemów.
Szukam odnośnika, który mógłby pomóc, wytyczyć szlak na resztę dnia… To, co mogłoby się stać, jest jak zakazany owoc. Nie zdobędę go, będę walił głową w mur, w ścianę przeszłości. Znowu mnie dopadło.
Nie mogę prześcignąć tego co wczoraj.
Nie potrafię dłużej niż kilka dni trzymać się na fali wznoszącej.
W czytanej właśnie „Dziewczynie z wybrzeża” Pramoedya Ananta Toer’a, ubodzy rodzice pocieszają córkę: - Mów, powtarzaj: Będzie dobrze, Będzie dobrze. W końcu będzie.
Potem jej mąż, monarcha, gdy ta patrzy wstecz, spokojnie orzeka, że tylko głupiec, tylko osioł wraca do tego, co złe.
A więc jestem osłem. Mantra „będzie dobrze” przestała działać.
Gdy ktoś zadaje pytanie: ­- A co takiego się stało? No, coś musiało się stać. No powiedz! –milknę. Bo jak mam odpowiedzieć?
– Zdarzyło mi się życie, zdarzyłem się ja – mam już na końcu języka, ale taka riposta to jak wyznanie wariata, a tym – jak orzekli, niestety, lekarze – nie jestem.

byłeś kroplą potu
na karku matki
bywasz odciskiem
na cudzych łonach
jesteś wędrowcem
przeszłości

To fragment wiersza napisanego piętnaście lat temu. A, więc zawsze się cofałem…
statystyka