środa, 23 lutego 2011

fragment

(…)
- Zrobisz herbatę?
- Nie wiem czy mam. Piję kawę, wodę, wódkę.
- I dwie łyżeczki cukru. I cytrynę.
- Mieszasz. Po co tu przyszłaś?
- Na herbatę. Możesz mnie wykorzystać. Nawrzeszczeć i zrobić kilka klatek.
- Skończyły mi się wizje z twoim udziałem.
- Miałam sen, masowałeś mi stopy.
- Czyli założyłem biznes, a ty skorzystałaś z promocji. Na stopach się skończyło?
- Tak, dlatego tu jestem.
- Rozumiem, reklamacja. Niezadowolona klientka chce powtórki, ale teraz gratis.
- Mogę zapłacić, jeżeli będziesz taki jak poprzednio.
- Jaki? Daj spokój!
- O! Pan ma humory.
- O! Pani wpadła się zabawić. Herbata, stopy w pantofelki i życzę szerokiej drogi.
- Cham!
- Na razie jestem szarmancki. Gdy dzwonię nie odbierasz. Gdy pukam do drzwi słyszę śpiew twojego orgazmu. Znudziło mi się. Sprawa martwa, umarła, zdechła. Zgniła.
- Masz rację, wpadnę innym razem. Dzisiaj nie nadajesz się.
- Scenariusz nie wypalił?
- Miała być komedia, a jest odcinek tasiemca.
- To kogo teraz odwiedzisz? Tylko ja byłem w planie?
- W ogóle nie byłeś w planie. Zobaczyłem, że pali się światło. Ale możesz już zgasić, poza mną nikt tu nie gości. Gorzka była ta herbata.
(…)

środa, 16 lutego 2011

chciwość


na krawędzi snu
obrysowuję zamiary dnia
zachłannie witam
ciało wodą
wymazuję z dezaprobatą noc
liczę na więcej ułudy

z pogardą wspominam
hołd oddawany prawdzie
zmieniam się
robię to!
napieram na dzień
kpię z rozmachu snu
obrazów zakłopotania
uniesienia

otwieram
na oścież okna
wydobywam z płyty płuc
nagranie na powitanie
budzę w sobie agresję życia
marzę o grzechu
zuchwalstwie

inność
odmienność
przyjemna myśl:
możliwość bycia hardym
draniem bez depresji i pesymizmu
odrażającym

odmienić przez przypadki
rozkosz
zagubić się we mgle
rozpusty
nie oczekiwać
lecz brać
brać
brać
bezceremonialnie
chciwie



piątek, 11 lutego 2011

włosy


roztargnione oczy
usta spierzchłe
włosy sklecone z rzeźby wiatru
pani się nie nadaje

paznokcie w fiolecie
rajstopy poskręcane pośpiechem
peruka nie łagodzi zmarszczek
ta pani to pan

nos piegów
policzki różowe przypadkiem
grzywka głaszcze napięcie
dziewczynka woła mamę

podbródek poskręcany
czoło skąpane wstrętem
loki – skąd te loki?
za dużo tu tajemnic

głos odkażający
oczy lojalne
czarne metry splecione w kok
tak, to pani mi się śniła

poniedziałek, 7 lutego 2011

obserwując


Śmiałem się z twoich dłoni
zanurzonych w mące
męce

we włosach
widziałem zatopiony statek
kołysałaś do snu buty
wybiegałem boso


na stolnicy
szkicowałaś
architekturę ciała
śmiałem się z ołówka kciuka
rysowałaś nim oczy


śniłaś o hipotece duszy
zastawionej u lichwiarza
jak wykupić straceńca?
ciałem
chciałem


kapały kałuże
kleiła się mąka
i ostatnia rozmowa
na sali sądowej
konfesjonał był nieczynny
oboje odlecieliśmy
rozlepieni



piątek, 4 lutego 2011

patrząc


Uczymy się siebie.
Spójrz na mnie. Co widzisz, synu?
Tatę, kochanego.
Wysil się. Bez poezji i komplementów.
Jednak on patrzy sercem. Gubi się w przymiotnikach, żongluję czasownikami.
Zamieniamy się. Jest mi trudniej. Klęska miłości.
Bierzemy aparaty. Zadanie to samo, efekty różne.
Palę papierosa, ledwie widać moją twarz. Co widzisz? Tatę w kłębach! I? Widzę drzewo ze sporą koroną.
Szymon zasłania się książką. A ja, to co? Chowasz się za literaturą, spryciarzu. I? Jesteś zagadką, jak słowa.
Potem widzimy ryby, sowy, horyzont, gniew, radość. Widzimy miłość.
Patrząc przez okno Szymon zamienia ptaki w czarodziejskie nimfy i statki kosmiczne. Patrzę na niego, szturcham, aby się posunął. Teraz świat za oknem jest tylko nasz. Dzisiaj zmienił się ze sto razy.

poniedziałek, 31 stycznia 2011

słuchając


Dźwięk, jakikolwiek by nie był, to właśnie w nim tkwi siła. Siła strachu i nadziei. Dźwięk pokonuje obraz, wygrywa przez nokaut w pierwszej rundzie.
Bywa, że rozkoszuje się śmiechem byłej. Rozpoznaję jej szczęście. Bywa, że rozłączam się po pierwszym zdaniu. Już ton zapowiada burzę.
Nasłuchuję dzwonka Szymona, tego z telefonu lub tego do drzwi. Słyszę jego kroki, rozróżniam zły dzień, radosną wiadomość lub zniecierpliwienie. Każde słowo w pośpiechu lub dobierane leniwie, pieszczę i łamię kody jego dojrzewania.
Miesiącami milcząca ma., to dźwięk, który uwiera. Boli.
Brzdęk czajnika wywołuje mnie do kuchni, gwizdek na peronie przywołuje do wyprawy. Deszcz wpędza do mieszkania. Krzyk kobiety z naprzeciwka zagłuszam Marią Callas. Taniec pijaka z góry, on sam okrasza brzdękiem tłuczonego szkła.
Nie potrafię pływać, ale są godziny, że jak szaleniec podążam przez fale dźwięku. Zamykam oczy i z olimpijską dokładnością pokonuję dystans, by nagle poczuć jak wiotczeją mięśnie. Tonę. Tonę w monotonii szumu. Jednostajnego, tak dobrze znanego. Samotnego.
Czasami przychodzi ratunek, częściej poddaję się i w głębinie znikam na wiele godzin, dni, miesięcy.
Na dnie budzi mnie głos. Przyprawiam go muzyką, tupaniem, drapaniem, szukaniem odpowiedniej sylaby, potem słowa, wreszcie zdania. Narodzony z ciszy, zawierzam nowych sygnałom.
Dziękuję, proszę, do jutra, zgoda, może, lepiej. Ktoś nierozpoznany, przypadkowy budzi we mnie ochotę. Jednym słowem, dźwiękiem daje szansę, że słuchając zacznę także widzieć.

środa, 26 stycznia 2011

wracając

Biegnę sprawdzić czy zamknąłem mieszkanie. Obarczam się wyłączonym żelazkiem, martwię tlącym się petem. Natręctwa? Nie pamiętam co zrobiłem przed pięcioma minutami, zapominam co napisałem w pierwszym zdaniu, ale mam przed sobą szczegółową panoramę przeszłości. Każdego dnia wracają do mnie kalki minionych lat.
Wracam do szczenięctwa, zagniewanego smarkacza i wiecznie niedojrzałego mężczyzny.
Wystarczy jeden impuls, by dzień z 1977, 1982, 1987, 1996, 2002... powrócił i wywlekał na wierzch dialogi, spojrzenia, zawodzenia, ubrania, rozebrania, łzy, wódkę, mleko. Plewy przeszłości.
Ale w tych plewach odnajduję i złote okruchy. Dotykam ich opuszkami palców i głaszczę swojego psa Beja.
Uczepiłem się jego sierści, czuję zapach i język na policzku i dłoniach. Gotuję kaszę, myję miskę. On patrzy, a w ślepiach odbija się chłopak, ja.
W ostatnich dniach, jakby na deser zacząłem czytać Historię Edgara, Davida Wroblewskiego. Psów tam jak deszczu, ulewa. Wspomnienia i lektura wprowadziły mnie do szaleńczego pragnienia posiadania psa. Tylko, że mieć go nie mogę. Zakaz właścicieli mieszkania.
Przywołuję Beja, zamykam oczy i grzeję się jego ciepłem. Głaszczę po łbie, drapie po brzuchu. W drzwiach stają ludzie z lat minionych. Beju nie wie czy ma szczekać, patrzy na mnie, ja przeraźliwie krzyczę: Bierz ichhhhh!!! Biegnie w ich kierunku i znikają, i znika, i wraca, i powracają. Codziennie.

środa, 12 stycznia 2011

lecąc



Oto jest czas, on zmienić ma nas.
Wędrując, potykając się o ludzi w pociągach, na leśnych duktach mam ogromną ochotę zaczepić, szturchnąć, dowiedzieć się.
Czuję, że coraz mniej wiem, jakbym nic nie przeczytał, nic nie przeżył, niewiele przegrał, nic nie wygrał.
Jestem gotowy otworzyć śluzy swoich wątpliwości wobec innych, ale boję się śmieszności. Obawiam się braku zrozumienia.
Wracam więc z moich wędrówek na przygotowany dzień wcześniej obiad. Zjadam go w pośpiechu, bo zdaje mi się, że mam jeszcze tyle zajęć, tyle powodów, by czekać na niezapowiedzianą wizytę. Ale nic takiego się nie dzieje, a więc zabieram się za czynności stałe: kolejny obiad, lektura, pisanie, kawa, papierosy, łzy, muzyka, kurz na parapecie.
Potem telefon do syna, wyciszam dźwięk, odwiedzam kilka stron w sieci, gdy mam pieniądze wywołuję zdjęcia i sen, który często nie pojawia się wcale. Zmęczony nocą ruszam i znowu chcę zaczepiać, szturchać, słuchać. Chcę być zauważonym w tym mrowisku.
Nic się jednak nie dzieje. Wtedy bawię się w skojarzenia. Łączę siwego, wysokiego sprzedawcę papierosów z niską blondynką z cukierniczego. Widzę ich romans. W końcu sam go stworzyłem.
Potem są kolejne pary, tylko ja nie do pary.
Nazywaj rzeczy po imieniu, a zmienią się w okamgnieniu.
Gdy swaty przestają mnie bawić, stoję przed obrazem rozkładu jazdy pociągów. Wybieram miejsca gdzie mógłbym pojechać. Sprawdzam skomplikowane połączenia w informacji, notuję i idę przed siebie w kierunku innym niż bym chciał. 
Jestem tylko przechodniem na tle wybranego miasta. Mam papierosy i drobne i dziurę w kieszeni płaszcza.  
Zagubiony zaczepiam gołębie i kaczki w pobliskim parku. Nawet one się boją. Odlatują w popłochu.

mam imię nazwisko i pracę
wiem że to wszystko stracę
pewnego dnia

zostanie szuflada i klisza
i cisza na pewno cisza
zamiast ja

odmieni ktoś przez przypadki
pamięci może notatki
pomogą im

ze wzoru na moje życie
wyliczę sobie w niebycie
nowy los

niezmiennie będę pisał
cokolwiek bym nie myślał
jako duch

i zwolnię trochę przestrzeni
i nic się naprawdę nie zmieni
naprawdę nic

(Justyna Korn) + (Adam Nowak)

poniedziałek, 10 stycznia 2011

czytając



Prawdziwym reżyserem naszego życia jest przypadek – reżyserem pełnym okrucieństwa, litości i usidlającego czaru.
Sentencja zaprzeczająca mojemu dotychczasowemu wyznaniu: „nie wierzę w przypadki”. A skoro tak, to dlaczego to zdanie mnie tak uwiodło, nie daje spokoju, pobudza zmysły.
Zdanie znalazłem z „Nocnym pociągu do Lizbony”. Książkę Pascala Merciera dostałem od L. (czy przez przypadek?) i poddałem się jej (lekturze, nie L.) bez reszty. Niby nic wyjątkowego, a jednak precyzyjnego dla moich poszukiwań.
Gregorius, 57-letni nauczyciel języków klasycznych, pod wpływem jednego wydarzenia zmienia swoje życie. I to w momencie, gdy był pewien, że to co go do tej pory spotkało było dobre, tego chciał. Mylił się?
Mam inny ogląd swojego bycia, ale czy podobnie jak Gregorius, mogę wszystko zmienić i wsiąść do pociągu do Lizbony, Granady, Suwałk, Krakowa, Białegostoku, Gdziekolwiek?
Po co? Tego jeszcze nie wiem. To się jeszcze nie wydarzyło.
Czytam książki z ołówkiem w ręku. Ta jest pokreślona mocno. Ale zdanie ze wstępu posta nie jest moim największym odkryciem. Większym jest pytanie stawiane przez bohatera: - Czy ludzie widzą mnie takim, jakim naprawdę jestem?
Banalne? Może, ale mnie intryguję. Zachwyca, wprowadza w zakłopotanie, czasami w gniew, bywa że się uśmiecham.
Chodzę, biegnę, przystaję. Wciąż to samo: oni – ja – oni – ja. Wyobrażenie i prawda. Kłamstwa i wątpliwości.

środa, 5 stycznia 2011

portret

Sprawa jest świeża. Ma kilka dni, a raczej kilkadziesiąt godzin, więc wciąż to news. Przestał mi smakować alkohol. A konkretniej; rzygać mi się chcę, gdy czuję ten smród.

Test1.
Ledwo uratowałem klawiaturę komputera, gdy za rocznikami „Foto”, odnalazłem nienapoczęty gin lubuski. (Od kiedy tam stał???). Popędziłem do łazienki i tam dokończyłem dzieła zniszczenia.

Test2.
Spotkanie (dzisiaj, a może to było wczoraj) z człowiekiem z przeszłości. Podobnie jak ja, dużo kiedyś mógł. Ale w przeciwieństwie do mnie – on nadal może. Stał się czytelnikiem pierwszych rozdziałów, pisanej w mękach od miesięcy książki. Gadka szmatka, ukłony pokłony, lizanie ściemnianie. W pewnych kwadransach wypominanie i nagle sekretarka wnosi whisky z lodem. On pije, ja nie zauważam, a gdy dostrzegam, wygłaszam glosę: - Jeżeli jesteś za wydaniem tych bredni, to oświadczam, że większość z tego jest napisane pod wpływem lub z pragnienia wpływu. Muszę TO poprawić.
Gość nie zdziwił się. Pił z czwartej szklanki,a ponadto – jak inni – uznaje mnie za dziwadło, więc na pożegnanie odbija mu się tą whisky i wczorajszą kolacją, po czym żegna mnie z uśmiechem: - No to popraw, popraw, a ja się jeszcze napije.
Trzeźwy wsiadłem do pociągu i dokończyłem „Good night, Dżerzi”.

Moi Drodzy,
potraktujcie te słowa jak list od starego wariata, który lata temu w miłości do Kosińskiego przeczytał każdą jego literę, a potem z nadmiaru czasu pożarł twórczość Głowackiego. I dzisiaj z tej trzeźwej konsumpcji wynika, że kolega Dżanus oddał hołd Dżerziemu. Zrobił to na skróty, bo w książce tej wiele zapożyczeń „Z głowy” i wszelkich książek Kosińskiego, ale jak w mordę jeża: hołd.
Językiem Kosińskiego Głowacki napisał COŚ co się czyta dobrze i szybko, ale żeby uznać TO za dzieło trzeba by być pijanym, a jak na wstępie – smaki mi odeszły.
Pozdrawiam, cholernie trzeźwy, pisząc jak napruty. Holden

niedziela, 2 stycznia 2011

kruche

I

Kto to był?
Nieważne. Przypadkowe spotkanie. Po latach.
Nieprawda!
Nie martw się.
Dokąd poszedł?
Nie pytałam. Nie mówił.
I to wszystko?
Tak.


II

Co teraz zrobimy?
Ja nic. Ty wrócisz do męża.
Ile to już czasu minęło?
Dziewięć lat i sto trzydzieści dwa dni.
Skąd wiesz?
Nie zapomniałem.


III

Gdzie byłaś?
Na cmentarzu.




piątek, 31 grudnia 2010

31 pierwszy czyli Sylwester



Nigdy nie zmienię zdania o Kapuścińskim. Po przeczytaniu jego książek, obejrzeniu fotografii, jednym przypadkowym spotkaniu. Będę go szanował w swojej pamięci. Nie zmieni tego opowieść Artura Domosławskiego.
Muszę jednak przeprosić autora. Po dwustu stronach złorzeczyłem, teraz dziękuję mu za to, że dane było mi ją przeczytać.
Moja lista wątpliwości i uwag jest długa, ale to nic zdrożnego. Nadal drażni mnie pewnego rodzaju naiwność Domosławskiego. Drażni pominięcie zupełnie fotografii w życiu Kapuścińskiego. Koniec. Lektura jest tylko pretekstem do dzisiejszego pisania.

Za kilka godzin położę się spać. Nie mam zamiaru pić na umór, obserwować fajerwerków i słuchać taniego popu w telewizji. Zanim jednak polegnę po kilku głębszych, muszę zająć się – jak zwykle – sobą.
To był kiepski rok. Niepotrzebnych wydarzeń, złudnych wiraży, miraży. Najgorsze było i jest to, że zamiast spokoju, osiągnąłem stan zupełnie niepotrzebnego, głupiego wrzenia. Zaczepiam ludzi, szukam ringu tam gdzie mogłoby dojść do dobrej, twórczej potyczki na słowa, ujęcia. Biję innych, gdy oni zasługują co najwyżej na prztyczek. Powód? Diagnoza jest zbyt złożona, ale czuję, że dalej tak nie uciągnę. Zmęczony koń. Stary koń, o którego pytał już rzeźnik.
Bawi mnie zabawa w postanowienia, zwłaszcza te noworoczne. Postanowić – obiecać można wycierać buty i wyrzucać śmieci, a tu sprawa jest poważniejsza. Jak staremu koniowi uświadomić stan rzeczy, że źrebakiem jest tylko we wspomnieniach, słowach, fotografiach.
Przeczytałem dzisiaj w nocy frazę (odkurzoną, podpiętą na fiszce pod stare zdjęcie)

Jesteś śmieciem, jesteś moją fantazją.

To z Dostojewskiego, z Braci Karamazow. Na zdjęciu mój ojciec. Jest data i miejsce: K, 1988. Miałem 17 lat.
Dzisiaj, zgorzkniały w nocnych poszukiwaniach pomyślałem, że ten cytat odnosi się nie do niego, lecz do mnie. Rankiem mi przeszło. Dlaczego? Bo nie chcę mi się już ciągnąć przeszłości. Muszę mieć racjonalny pomysł na dziś, potem.
Pokora i duma. To nie są slogany. Pokory wciąż mi brakuje, a duma rozpiera. Jak wiadomo zupełnie niesłusznie.
W pokorze więc życzę, abyście byli uczciwie dumni ze swojego życia. Jeżeli do tej pory był z tym problem, to niech 2011 rok to zmieni.
Do siego roku!

środa, 29 grudnia 2010

oni


Zdrada jest domeną męską. Honorem jest być złym. To takie bohaterskie, mocne. Jest co dać na afisz.
Ale nie będzie analizy mężczyzny. Będzie odpowiedź dlaczego wybieram kobiety. Także w przyjaźni, a głównie w twórczości. W pisaniu i fotografii.
Przepadam za facetami, których nie znam. Idole z plakatu, z książek, z płyt, z obrazów. Pozostali? Marność nad marnościami. W życiu mianem „przyjaciela” określałem pięciu. Dziś nie ma żadnego.
Wina? Moja. Przez całe życie szukałem „zastępczego ojca”, a więc wybierałem starszych przyjaciół. Musiało się rozsypać.
Wina? Ich. Przyjaźniliśmy się, bo byłem szefem i wypadało mnie mieć w portfolio.
Wina? Moja i jego. Mam paskudny charakter, a jemu wydawało się, że przyjaźń można kupić.
Kocham jednego faceta. Mojego Syna. Dla niego i przez niego żyję. Dla siebie? Dzięki niemu.
Lubię – tak lubię – starych mężczyzn. Pokaleczeni podchodzą do życia z dystansem. Warto ich słuchać, warto naśladować. Dlatego, gdy spotykam się z ojcem mojej Byłej, staram się kreślić plany na przyszłość. Fantazjuję: - Chciałbym być takim ojcem.
Gdy jestem w depresji, podziwiam samobójców. Przeważnie byli to faceci. Mieli w sobie odwagę – krzyczę, przeglądając się w lustrze.
Gdy wraca mi ochota i siły, podziwiam dozorcę z miejscowego przedszkola, który codziennie rano odśnieża, zamiata, krząta się. Widzę go przez okno. Nic o nim nie wiem.
O mężczyznach nie warto zbyt wiele wiedzieć.

wtorek, 28 grudnia 2010

One

Moja fascynacja kobietami zaczyna przybierać znamiona choroby. Znanej mi doskonale – choroby uzależnienia.
Gdzieś zagubiłem samczy popęd, by wszystkie napotkane powinny wylądować w moim łóżku. Może dlatego, że nie mam już hamulców i rozpoznaję Je rykoszetem swojej samotności, a nie prostego pożądania.
Urzekają mnie kobiety młode, dojrzałe, stare.
Każdej robię zdjęcia (chociaż zwykle nie mam aparatu), z każdą rozmawiam, w każdej szukam znaku piękna lub brzydoty. Znakiem mogą być brwi, stopy, paznokcie, dłonie, usta, uszy, włosy, podbródek, piersi, uda... Litania pięknych zbiorów.
Potem spisuję TE znaki szczególne. Znamiona moich fascynacji. Przelewam na papier fantazje, piszę listy nigdy niewysłane, robię zdjęcia, śnię.
Jak kolekcjoner zakładam w każdym tygodniu kolejny klaser swoich zdobyczy.
Codziennie wracam do swojego uzależnienia. Gram intuicyjnie. Słowa często są zbyt kalekie, by oddać obraz „napotkanej”. Zdjęcia przypadkowe i te zaplanowane wciąż nie są spełnieniem. Dlatego ułomną kreską zaczynam wspominać usta, oczy, ich stroje i nastroje. Rysuję i zgniatam. Karta za kartą. Kobieta za kobietą. Porzucone, wyrzucone, zgwałcone, kochane, samotne, czasami szczęśliwe.
Żadnych słów wypowiedzianych. Pełna głowa, pełen folder, pełne zeszyty.
Gdy któraś z Nich nagle do mnie dzwoni, dziwię się i skrępowany  wykręcam się brakiem czasu lub zmęczeniem w podróży. Sugestywnie kłamie w obronie koniecznej.
Gdy dzwoni znowu i czułym głosem wypowiada moje imię, zaczynam tracić rezon. Zaczynam się bać, że dla tej jednej będę musiał zostawić TE wszystkie.

niedziela, 26 grudnia 2010

choinka


Chroniczny brak gotówki. Moje lektury są zaległe i przewlekłe. Lista pożądanych jest dłuższa od kobiet zapomnianych.
Szymon (z dedykacją Dla Taty od Gwiazdora) sprawił mi Głowackiego „Good night Dżerzi”, jego mama (z adnotacją Od Gwiazdora za Grzeczność) Domosławskiego „Kapuściński NON-FICTION”.
Chłonę i zwracam, odwracam i zawracam. Zacząłem od dzieła dziennikarza roku 2010. Jestem na 215 stronie i jest mi żal autora. Podobnie jak on i jego bohater, podkreślam zdania ważne. Ołówek wariuje ze zdziwienia.
Dziwi naiwność, złość, przedziwny infantylizm. Dziwi ułomność języka i dobór zdarzeń, wydarzeń, obrażeń.
Zostało mi jeszcze trzysta stron. Wyrok jest, więc w zawieszeniu. Już pragnę liter Głowackiego. Też po polsku, ale po wyrywkowym zaczytaniu, wiem że będzie tylko lepiej.
Lepiej jest po świętach. W nowych skarpetach, z butelką perfum i głową czystą od natręctw.

piątek, 24 grudnia 2010

TAK!

Wam i sobie:
Wyciszenia. Zrozumienia. Znalezienia. Odzyskania. Olśnienia. Spełnienia.

wtorek, 21 grudnia 2010

złość


sowizdrzał!
dupek w sosie kompleksów!
kolekcjoner ran zadanych!
Proszę nie krzyczeć, proszę.
Autobus linii 64 jeździ co dwanaście minut.
co się wtrącasz gnoju?
pytał cię ktoś o zdanie?
w ryja?
Doradzam spokój, proszę.
Pewnie zaspała, zaraz otworzy.
Poza tym za rogiem jest kolejny monopolowy.
zamknij się!
nie patrz się na mnie!
weź jakieś prochy!
Może wystarczy wyłączyć telewizor?
Może zmienić kanał.
Zniszczyłeś mi życie!
Cholera dlaczego, ja cię poznałam?
Chcę rozwodu!

Wsiadam do autobusu linii 64, kupuję pół litra czystej i oglądam tvn24.

wtorek, 14 grudnia 2010

pięć



nie zdejmuj butów
nie licz na miłość
chodź do łóżka
potem wyjdziesz za mąż
za kogo będziesz chciała

ubierz buty
chciałem tylko rozmowy
za dwieście pięćdziesiąt za godzinę
polecił cię proboszcz
tak, wiem rozmawiacie dłużej

mam nowe buty
namiętne skórzane
na koturnie
na ślad języka
przyjedź natychmiast

nie patrz w oczy
oddaj stopy
ubierzmy je w szpilki
uderz w twarz
zakwitnie blizna 
w polu zmarszczek

biegnij do mnie
spakuj wszystkie
jutro oddamy
(wreszcie poznałem
panią z obuwniczego)


sobota, 11 grudnia 2010

próba

Pamiętam wiele, ale nie wszystkie.
60 tabletek dla epileptyków,
spanie z nożami ostrzonymi przed snem,
pełne wanny wody,
hotele wynajmowane na trzy dni (by nikt nie przeszkadzał),
podcięty nadgarstek,
poharatane stopy,
5 opakowań tramalu z butelką niewiemjużczego,
6 działek amfetaminy i 2 działki niepamiętamczego,
5 opakowań w kwadrans tego co przypisali mi psychiatrzy na wiele tygodni,
sznur z budowy,
kable od komputera,
parapet okna na dziewiątym piętrze,
tabletki do zmywarki,
rośliny, którego podobno pomagają i przyspieszają,
wtargnięcia na ulice, lekkie potrącenia.

Mógłbym tak długo i wszystko pomnożyć przez pewien liczebnik. Mógłbym wspomnieć upokorzenie moje, bliskich. Szpitalne wizyty; oficjalne i ukrywane. Pierwszy raz zabijałem się, gdy miałem 16 lat, ostatni raz w październiku ubiegłego roku. I wydawało się, że dobrze, że przeżyłem. Komu? Mnie się wydawało. A dzisiaj?
Dzisiaj nic już nie wiem, niewiele rozumiem.
Piszę TO do siebie, dla siebie. Bez paniki, to żaden szantaż. To próba otrzeźwienia. Próba życia.
Gdy jest już bardzo źle, wspomnij kiedy było gorzej – to pomaga.
Może. 

czwartek, 9 grudnia 2010

atmosfera



pod kaloryferem
kurz, zdechła mysz
żółty ser
topi się śnieg
grzeję stopy
w dziurawych snach
wysiadłem z fotela
spadłem na pysk
gaszę camela na oczach
dwudziestolatki
kiepski portret młodości
nożyczkami zaglądam do ust
puste
zbędne
żadne
ściągam spodnie
chowam się w kocu z plam nasienia i krwi
jem z książek kucharskich
gotuję na ekranie
robię pod siebie
brutalnie odmawiam odwiedzin
nie chcę też mydła i szamponu dla psa
skomlę skutecznie
nawet gdy śmierdzę

statystyka