poniedziałek, 30 listopada 2009

gra pozorów



Jedenaście miesięcy tego roku czuję w kościach i zwojach, i w sercu. Czuję jakby trwały, co najmniej trzy lata. Postarzałem się. Dojrzałem.
Do dzisiaj wydawało mi się, że otrzymywane lekcje pokory są dawką wystarczającą, zupełną. Nic z tego! Dzisiaj dostałem końską dawkę. I jestem za nią wdzięczny. Rozchodzi się po mnie jak narkotyk, jak szklanka wódki wypita haustem.
Oceniam ludzi szybko. Nie powierzchownie, ale dzieję się to na tyle prędko, że potem trudno mi zmienić zdanie. Wydaję mi się, że wiem o drugim człowieku, wystarczająco dużo, by przyprawić mu gębę.
Głupi, głupi, głupi ze mnie człek. Jednak nie dojrzałem.
Usłyszałem dzisiaj COŚ (od osoby, którą miałem za trzpiotkę-podlotkę) co mną do teraz trzęsie.
Inni mają swoje światy. Nie wyjmują – jak ja – flaków na zewnątrz. Może, dlatego ich boli mocniej i inaczej. Ale nie są mniej sfaulowani przez życie.
Już nigdy nie będę oceniał nikogo po grze pozorów. A osobie, o której piszę, jestem wdzięczny za DOBRE DANIE MI W PYSK!

niedziela, 29 listopada 2009

łódź



Moja łódź jest stara, wytarta, dziurawa… Ale jest, wciąż płynę. Boli i irytuję jednak wygląd tej łajby, bo pokryta jest rdzą. Przeszłością!

Sen był krótki. Między jednym a piątym przebudzeniem. Była moja ma, byli inni przyjaciele i wrogowie. Były tłumy, ale nikogo nie widziałem. Same głosy. Jednak nikt się nie przekrzykiwał, każdy mówił to samo, tylko używał innej składni.
Byliśmy na cmentarzu, ale bez krzyży, czy innych symboli. Jedna wielka płyta, niby nagrobek, niby pomnik, jakby kamień.
Ktoś wyrył moje wielkie imię i nazwisko. A głosy tłumaczyły:
Był już jeden Holden, ale umarł. A ty jesteś…Nadal

Chyba zmienię łódź, tej już nie chcę mi się czyścisz. Każda naprawa, każde łatanie przywołuję wczoraj…

sobota, 28 listopada 2009

i dalej...



Ruszyłem w drogę… Wróciłem do marszu.
Kilka godzin spędzonych w Swornychgaciach, pośród jeziorach, nadgryzionych przez bobry drzew i dziwnej ciszy…
Przez moment zastawiałem się czy ta wieś wymarła? Wszedłem do kościoła, w którym kobiety szorowały posadzki i układały bukiety. Mężczyźni zawieszali wielki wieniec adwentowy. Schowałem aparat, nie przeszkadzałem.
A potem, gdy go wyjąłem dopadło mnie trzech dziarskich chłopów po setce zagryzionej piwem.
- Nam zdjęcia możesz zrobić, ale jak zapłacisz!
Nie przyjąłem oferty i nawet nie zareagowałem – co mam w zwyczaju – przekleństwem, Poszedłem dalej, i dalej, i dalej.
Kłopot pojawił się, gdy przemarzłem na kość i postanowiłem opuścić wieś. Pekaesu ani widu, ani słychu. Na stopa zamiast po hamulcach dostawałem palec wskazujący.
Ulitował się nade mną miejscowy sołtys. Nie dość, że odwiózł mnie (zmierzał w tym samym kierunku), to jeszcze opowiedział historię wsi i zaprosił:
- Niech pan latem z kobietą przyjedzie!!!
Z Kobietą? Do czerwca jeszcze tyle miesięcy… 

piątek, 27 listopada 2009

ŹRÓDŁO



Wyjechałem.
Nie wiem na jak długo, ale Przyjaciel zabrał mnie ze sobą, do siebie. Także On, miesiąc temu, zaszczepił we mnie myśl zdrowienia.
Niektórych, może ona zdziwić. Niektórych zniechęcić. To Wasze prawo, ja mam prawo do nauki. Nauki samego siebie.
Pisanie bloga jest autoterapią. Jest elementem drogi. Jednak coś muszę zmienić, odmienić. Moja depresja się pogłębia. Leczenie tutaj jest umiarkowane. Dlatego postanowiłem rozpocząć nowy etap.
W sobotę wieczorem rozpoczyna się rok liturgiczny. W niedzielę zaczyna się Adwent.
Będę czytał codziennie Ewangelię i komentował JĄ po mojemu. Będę się ustrzegał szerzenia herezji, ale pewnie mi się przydarzy.
Jeżeli chociaż raz w miesiącu znajdziecie czas, aby zastanowić się ze mną nad Pismem, będę uradowany. To będzie INNY MÓJ KAWAŁEK PODŁOGI.
Będę tam w każdy poniedziałek, wtorek, środę, czwartek, piątek i niedzielę. W sobotę będę odpoczywał…

czwartek, 26 listopada 2009

akurat



…                               Synu,
Podaj mi szklankę.
Bez wody, do cholery!
To jeszcze nie ta chwila.
Odchodzę na trochę.


…                    Żono, nie była,
Mam twoją bieliznę,
zostawiam na stole.
Starłem już wszystkie kurze.

…                           Bezimienni,
Napijcie się za mnie wódki
wylewając
krople na Ziemię.
Wsiąkam. Nie uciekam. 

środa, 25 listopada 2009

bajka



Rozmawiamy z Szymonem.
Same poważne kwestie. Moje smutki, jego oczekiwania prezentów pod choinkę. Ja chcę wyjechać, on chce statek. Zresztą każdy z chłopaków w jego klasie marzy o statku, okręcie, łajbie. Wszystko ma być inne, by potem mogli stworzyć własną flotę. Mają w planach zdobyć nie jeden skarb, odkryć kilka wysp. Mają plany się bić.
A ja w takt jego słów kołyszę się i huśtam. Drgam.
Od wczoraj odliczam godziny do przyjazdu przyjaciela. Jego żółta łódź podwodna ma jutro wpłynąć do mojego portu. Chętnie bym się najął u Niego jako majtek. Ale jego kapitańska wysokość ma swoje plany. Ma swoją mapę.
Mojej nie mogę odnaleźć. Zgubiłem ją, a może przegrałem w partyjce z piratami?
Sam już nie wiem. Fizyczność dopasowuje się do psychiki. Ból głowy od dłuższego czasu jest towarzyszem bezsennych dni i nocy. Jakby tego było mało za wszystko, co zjem, mój organizm mówi: - dziękuję, nie spalam, jesteś wypalony. 

wtorek, 24 listopada 2009

bieg



Seriami obserwuję zachody i wschody słońca. Śpię niewiele, więc są one szalone. Chociaż punkt obserwacyjny nie zmienia się, widzę wciąż coś innego.
Ten widok mnie zniewala, bo jest niespodzianką. Podchodzę do statywu i strzelam seriami. Niby kicz, a mnie cieszy. To taka podpowiedź głuchego i niemego świata: - Wciąż żyjesz… wciąż.
Rozmawiałem z Szymonem o mojej możliwej wyprowadzce. Zresztą nie pierwszy raz.
­­­- To dlatego, że jesteś smutny? ­
- Tak, ale przy Tobie już mi lepiej!
- To biegniemy?
- Przez kałuże.
Dwóch dzieciaków.
Biegliśmy. Wciąż w tym samym kierunku. Przed siebie. Ku zachodom i wschodom. 

Pamięć




Deszcz ze śniegiem przy stole
Na miejscach matki ojca dziadków
zamarznięta pamięć. Półmisek zegarków.
Okulary z nieuleczalną wadą wzroku.

(z Ewy Lipskiej, Dlatego)

poniedziałek, 23 listopada 2009

UDAWANIE



Kogo ja chcę oszukać? W co ja wierzyłem?
Jestem uzależniony od przeszłości. I jestem tym znużony. Wyczerpany.
Bycie ojcem, gdy mama Sz. ma własne sprawy. Udawanie przed Synem, że jestem szczęśliwy. Bo jak nie, to Ci Go nie dam!
Niemal każde spotkanie z byłą kończy się kłótnią. Niemal każdy dzień jest siłowaniem się ze samym sobą. I już mi się nie chcę. Pasuję.
Co ja w ogóle myślałem? Co sobie wyobrażałem?
Wiara w cuda jest pomocna w hospicjum. Szybciej się odchodzi. Mnie to nie dotyczy.
Od lipca nie mam żadnych stałych dochodów. Od lipca 2008 roku nie mam pracy. Od dzisiaj nie mam nadziei.
Porady: uwierz, będzie dobrze, musisz być cierpliwy zawiesiłem na ścianach i pluję do nich z lufki. Piękne uczucie. Pluć na bazgroły umysłu innych.
Udawanie życia jest nawet zabawne. Nigdy nie przełaziłem aż tylu kilometrów. W takim marszu jest metoda. Bo pewnego dnia – właśnie dzisiaj – stajesz i mówisz: - Dość, koniec. Już dosyć zobaczyłeś, przeszedłeś. Basta.
Od 2000 roku, czyli od dziewięciu lat żyję na próbę, oszukańczo. Od – do. Do – od. Zmęczyłem się.
Nie potrafię się zabić, więc liczę na boski wyrok.
Na razie podjąłem ostateczną decyzję! Cokolwiek się wydarzy wynoszę się z tego miasta. Nie wiem, co czeka mnie gdzieś, ale nie chcę już TU być!
Szymon zrozumie. 

niedziela, 22 listopada 2009

marzenie Szymona







…no to mamy problem. ­– Błagam cię tato!!! Pomożesz mi przekonać mamę? Ja muszę! Ja chcę kota!!!
Byliśmy na wystawie kotów. Tłum. Wrzask ludzi i żadnego miauczenia. Czy rasowe koty nie miauczą?
Gdyby nie zakaz właścicieli mieszkania dawno już bym sobie sprawił kota. Ale mój musiałby miauczeć, drapać, tulić się i domagać czułości.
Jeszcze tak niedawno nie przepadałem za kotami. Zawsze i zawsze tylko psy. Ale podczas przygody z aparatem przekonałem się do nich. Znam już kilka podwórek, piwnic i śmietników. Są tam. Odwiedzam je. Staram się, chociaż raz w tygodniu, dopaść je ujęciem i kęsem mięsa.
Jak mam pomóc Szymonowi? Wiem, że Jego mama się nie zgodzi i trochę ją rozumiem. Poczekam na zmianę lokum…i jakoś muszę Go przyzwyczaić do tej myśli.


* Ten „kot” w środku to jeden z wystawców

sobota, 21 listopada 2009

wygłupy



On mi, ja Jemu. Za miastem. W mieście. Gdzie się dało.
Robiliśmy zdjęcia. To wyżej, to dzieło Szymona, ja tylko pokryłem je tajemnicą.
Nie potrafimy siedzieć w domu. Szymon tylko poprosił o zabranie czytadeł. – Ty gazetę, ja książkę. W autobusach trochę pomilczymy, dobra?
Było zupełnie inaczej. Czytanie było, ale nad brzegiem rzeki.
A tak wymyślaliśmy rymowanki: Baba na targu bez utargu leży w śmieciach w letargu – to kawałek naszej wspólnej twórczości ambitnej… Była też pieśń o miłości: Ona skona, gdy ją dziobnie wrona…
W lesie rzucaliśmy liśćmi na odległość. Ale one tylko latały, wirowały, uciekały.
Po siedmiu godzinach wróciliśmy udając kangury. Skakaliśmy, a ludzie na ulicy pukali się w czoła.
Nudziarze. 

piątek, 20 listopada 2009

Rozmowa na brzegu jeziora



Czy jest pan pisarzem?
Niestety, nie.
A tak bardzo chciałam poznać pisarza.

To, kim pan jest?
Nikim.
To jest pan poetą. 

czwartek, 19 listopada 2009

różyczka



- Czy jedno słowo może wytłumaczyć życie?
To zasadnicza kwestia w „Obywatelu Kane”. Tam chodziło o „różyczkę”. Tu chodzi o nadzieję…
Od chwili, gdy odkryliśmy ze Stasiem naszą przyjaźń na nowo, stał się dla mnie jedną z najważniejszych osób na ziemi.
Gdy jestem obok niego częściej się śmieję, świntuszę, strzelam głupie miny i interpretuję wiersze znane i te wymyślane na poczekaniu. Gdy jestem obok przestaję zajmować się moją depresją i rozdrapywaniem ran. Tutaj one się goją.
Do Poznania ciągnie mnie tylko tęsknota za Szymonem. Nic więcej. Całe miasto spowite głupimi czynami, całe miasto ujęte na tysiącach zdjęć. Tam nie moje miejsce.
Gdy naprawiałem dzisiaj zamek w Jego drzwiach poczułem się potrzebny, niezbędny, jak klucz, który On gdzieś posiał…
Mam nadzieję, że go znajdzie. Dobrze, że mnie odnalazł. Ważne, że JEST!

środa, 18 listopada 2009

Sztuka pływania



…nigdy nie umiałem pływać, ale to tutaj, na Kaszubach, skoczyłem na łeb, na szyję… I odpłynąłem, poniosła mnie fala.
Nie chcę jeszcze raz przeżywać życia, zaczynać od tamtego skoku. Chcę wydostać się z toni i wrócić na brzeg. Popatrzeć na jezioro i powiedzieć: ­- To za mną, wieczność przede mną!
Byłem na grobie dziadka, byłem w miejscach, w których kochałem kobiety i przeklinałem mężczyzn. Dotykałem tych samych żywych drzew i plułem pod wiatr jak szczenię, jak wtedy. Tam.
Matka mojego Przyjaciela urodziła dziewięcioro dzieci. Przyjęła nas kawą, obiadem i uśmiechem. Jej twarz pokryta bruzdami młodniała z każdym słowem syna. A jej oczy wcale się nie tliły, one płonęły żarem spełnienia i szczęścia. Gdy po kaszebsku wspominała swojego męża, to jakby go tuliła, jakby dotykała jego dłoni…


Dzisiaj nauczyłem się pływać. 

wtorek, 17 listopada 2009

wyjechany



Jestem wyjechany…
Kaszebi (nie –ubi) nie mówią, że wyjechali, że są w podróży. Oni są wyjechani.
Dzisiaj blisko siedem godzin w Borach Tucholskich. Łaziłem jak myśliwy, tropiący swą zwierzynę. Moje łupy są jednak skromniejsze. Stare powalone drzewa, jeziora puste lub pełne rybackich sieci. Były też ślady przeszłości.
Uzmysłowiłem sobie, że moje dzieciństwo ma zapach jałowca. U mojej babci, która mieszka w lesie, jałowce budzą podziw zieleni i jagód. W Wielkanoc służą do chłosty, jesienią wkraczają do wędlin i nalewek. Zimą trafiają na gardzieli i brzuchów. Dzisiaj pierwszy raz od dziesięcioleci widziałem las usłany wielkimi jałowcami. I zacząłem odgrzebywać plastry dobrych chwil spędzonych w kaszubskich lasach.
Jutro będę jeszcze ich bliższy..
Jutro spotkam Piotera. Tak, Piotera. Bo tu nie ma Piotra, takie imię nie istnieje. Jest Pioter. 

niedziela, 15 listopada 2009

urodziny



…był obiad. Pyszny. Był tort. Kupiony. Był wyproszony spacer… (aż tak wcale nie musiałem skomleć). Były, są urodziny mojej byłej.
Jej komputer się zawiesza, tak samo jak pamięć o mnie, więc pofolguję sobie. Ona już nie czyta, ona słucha, mówi… zajęta przygotowaniem nowego mieszkania. I jest w tym dzielna, ale dla mnie oddzielna.
Skala naszych problemów w innych kolorach, na innych biegunach.
Prezent kosztował mnie niewiele złociszy, ale kilka godzin w tygodniu na niego poświęciłem. Portret. Niby grafika, niby obraz. Niby ona, niby nie ona. Od piątku chciałem go podrzeć na puzzle. Niech układa… Ale zostawiłem i naprawdę się podobało. Widziałem. Czułem.
Pierwsze od lat urodziny spędzone prawie normalnie. Prawie? Byłem gościem na kilka godzin, ale przestałem być tym złym gościem, tym mężem…
W nagrodę uprowadziłem Szymona, źrebaka prawdziwego. Stary koń został wspomnieniem odlanym w gipsie.
ja…

sobota, 14 listopada 2009

sucho



Odporność na samotność zanika, już się zużyła. Wyschła.
…mieszkam nieopodal hotelu, w którym cztery lata temu podciąłem sobie żyły. Mijam go lękiem i wstrętem. Lecz podświadomie coś mnie ciągnie w tamtą, przeszłą stronę.
Nie uwolnię się od tego miejsca, od tamtych ludzi, od tamtego złego mnie.
Znoszę upokorzenia, ranią już mniej. Ale nie znoszę tego stanu bycia, jakby mnie nie było!
Ile można zrobić zdjęć, sprzątać, prać, czytać, słuchać, oglądać, pisać? Ile można wierzyć i przestawać wierzyć? Jak długo głupio i durnie, powtarzać: - Bądź cierpliwy!
Sucho, ani kropli.
Próbowanie bycia na nowo w pojedynkę jest dobre w stanach przejściowych. U mnie już nie skutkuję, nie działa. Bo zawsze dopada mnie przeszłość. Każdej nocy, każdego pieskiego popołudnia.
Chciałbym skrytykować, zrecenzować samego siebie, ale tracę dystans. Zbyt długo biegnę…

Zerwę się. Jeszcze




Obłęd buzuje choć nie wieje
Żaden wiatr i kartka się śmieję
(...)
Także ołówek ze mnie drwi
Sobie na przekór mnie coś śni


(z Rafała Wojaczka, Bez przecinka)



piątek, 13 listopada 2009

muzyka ulicy



Nie potrafię znaleźć sobie miejsca. Żaden kawałek nie pasuje do kolejnego. Nic. Jestem podrażniony, nieprzyjemny. Chodziłem po mieście i jak świr, pod nosem, oceniałem przechodniów.
A wszystko zaczęło tuż po dziesiątej.
Ładna szatynka drobi przed domofonem i kiwa grymasem warg do taksówkarza. Minuta, dwie. Przyglądam się, nasłuchuję. Ona już nie dzwoni, ona trąbi, a taksiarz zbiera się do wysiadania. Nagle po drugiej stronie męski, chrypliwy głos dopytuję: - Tak, słucham… Mija jej zdenerwowanie, kierowca rzuca peta i rusza do szatynki, która przedstawia się krótko i zaskakująco: - Sylwia, pan zamawiał.
Osłupiałem. Tuż po dziesiątej rano splunąłem w kierunku alfonsa i jego podopiecznej. Ten nie miał dla mnie czasu, więc puknął się tylko w czoło i pożegnał mnie spierada... laj…laj..laj. On śpiewał, tak się cieszył.
Może powinno mnie to rozśmieszyć, ale poszedłem do parku i zacząłem gadać z kaczkami.
Dogadywaliśmy się bez słów… 

czwartek, 12 listopada 2009

litania



Droga Pani!
Jestem zauroczony Pani nieistnieniem, gdyby
tak jeszcze mogła Pani budzić mnie godzinę później.
Gdzie się tak spieszymy?
Gdy ciągnie mnie Pani językiem za ucho
wszyscy wciąż śnią o Pani, a ja?
Poprzedniej nocy Pani wulgarność
nie przypadła do gustu moim byłym żonom,
napominały mnie w popołudniowej drzemce.
Czy mogłaby Pani w sobotni wieczór
kupić butelkę wina i upić mnie do naga?
Wtedy zwykle odbywają się śluby.
Chętnie bym się ożenił z Panią, a potem we dwoje
bylibyśmy, pilibyśmy, śnilibyśmy.
Przepraszam za buty, ale przed ołtarzem ksiądz patrzy
tylko na tacę.
To taki szczególny dzień.
Dziękuję, że wychodzi Pani za mnie.
Każdej nocy. 

środa, 11 listopada 2009

stany



Strzyka, łupie. Fizyczność siada, wysiada. Stary aparat do bani…
Czuję, rozpoznaję, wiem. Poleżę. Ugrzęznę w tych ścianach. I jak większość facetów będę się użalał nad swoją grypą. Nie wiem jak u innych, ale u mnie to stan permanentnego odjazdu. Skomlę wtedy bardziej niż zwyczajowo. Możecie to sobie wyobrazić?
Ale zanim to się zdarzy znowu poczułem się dzisiaj jak Holden, Piotruś Pan, dziecko. Wstałem przed piątą, Sz. półtorej godziny później i mieliśmy jeden plan: wyjmujemy z lodówki rolki agfy i odkurzymy stary analog, który dostałem – liśmy na ślub z moją byłą.
Ujmowałem głównie (poza jednym ujęciem rudowłosej) mojego Syna. Jednak podniecenie, że każda klatka jest TĄ, JEDYNĄ mrowiło mnie na plecach (wiem, że to nie były oznaki grypy).
Powiesiłem sobie w pewnym momencie dwa aparaty na szyi, a rezolutny przechodzień (lat około 60.) orzekł: - Powieś sobie jeszcze krzyż i zaczniesz uzdrawiać…
Krzyża nie miałem, ale niemoc zobaczenia wszystkich zdjęć, które dzisiaj zrobiłem, wierci, kuje, ujmuje jak grypa trzęsąca me czeluście…
Wyzdrowieję! 

wtorek, 10 listopada 2009

rosnę



Rosną we mnie napięcia urojone. Rosną i wsiąkają szybko i mocno. Od wczoraj nie potrafiłem się uspokoić po rozmowie telefonicznej z właścicielką mieszkania. Była nieprzyjemna, pogardliwa i pełna fochów. Zacząłem pisać czarne scenariusze.
A że podniesie znowu czynsz, a że wypowie umowę, a że wchłonie mnie wielka (czarna) dziura.
A ona skasowała pieniądze i oświadczyła, że zapasowy klucz jest teraz u jej mamy, a nie teściowej (bo jej nienawidzi!!!).
Ulga… Śmieszność… Groteska. Byłem tak rozbawiony i rozluźniony, że byłem bliski wręczenia jej słoiczka z mojej bogatej kolekcji zapraw. Powstrzymałem się. Przecież lubię jej teściową!
Przełamałem jeszcze jedną barierę. Skoro uznałem, że moja była, to dobry kumpel, to przestałem się jej bać (czy wierzę w to, co piszę?).
I? Dałem jej adres na szklarnię, a stamtąd jak wiadomo łatwo trafić tutaj…
Ale co mi tam! Suma strachów się zmniejsza. 

poniedziałek, 9 listopada 2009

brzydkie kaczątko



…to były najsmutniejsze, dwie godziny w moim kiepskim życiu.
Nie wartościuję. Wiem.
Spotkałem ma. Od miesięcy milczała, jak zwykle, gdy mi się nie układa, gdy jest mi źle. Wielokrotnie była w Poznaniu. Dowiedziałem się o tym przypadkiem. Spała, była u obcych ludzi (ciekawe jak im TO tłumaczyła, bo mi wcale). Dzisiaj okazałem się potrzebny. Ciężka walizka, a na dworzec droga daleka.
Ma. jest i bywa chora. Jak bardzo? Lekarz zagadnięty mówi co innego, niż ona. On pewnie się nie zna, ona wie. Tak bywa.
Przez dwie godziny zamieniliśmy 17 słów (słownie: siedemnaście). Boli jak… żadne porównanie nie jest na miejscu… po prostu boli.
Bardzo długo zastanawiałem się czy pojechać, odebrać, zawieźć. Ale przecież to moja ma. Kiedy przestałem być jej dz.? Nie wiem.
Wpędza mnie w poczucie winy, powoduje żal za grzechy. A ja? Co ja powoduję w niej? Szczerze? NIC.
Liczyłem na wytłumaczenie, na pytania, na odpowiedzi. Przeliczyłem się.
Gdy wsadzałem ją do przedziału, odłożyłem walizkę, pozdrowiłem ją i dwie inne pasażerki. Podała mi rękę i wyszeptała: ­- Kup sobie coooś. W mojej dłoni wylądował złożony czterokrotnie w kostkę banknot stuzłotowy. Poczułem się jak bagażowy. Pewnie przygotowała tę scenę wcześniej, bo banknot był wymięty dokładnie, a ja wśród gapiów, skonfundowany, wylazłem na deszczowy peron.
Kupiłem sobie coś: kaszę z mięsem i kapuśniak. Twoje zdrowie, ma. 

niedziela, 8 listopada 2009

wróciłem



parter
Krystyna J. zbiera
obierki
zęby trzonowe
odwiedził ją syn
na pierwszym piętrze
Malwina (lat siedem) przypala ucho
Kenowi, był niedobry dla B.
na drugim nie ma nikogo
jedni w szpitalu, drudzy w kościele
trzecie śmierci gorzałą
(moje ulubione piętro)
czwarte jest familijne
lekarz, pielęgniarka, ksiądz, grabarz
na piąte już nie wchodzę
wiem, kogo tam nie zastanę
wracam na trzecie, wącham, czuję
chodzę na rękach
wreszcie się śmieję 

sobota, 7 listopada 2009

droga



We mgle, otępiony złym snem wylądowałem w lesie, na pustkowiu. Szukałem spojrzeń zagubionych zwierząt. Nic z tego. Szukałem ludzi. Zatrzasnęli swoje chałupy i wrażliwość. I tak wpędziłem się w dalsze otępienie…
Kaszuby od czwartku dawały mi wytchnienie, ale dzisiaj zapomniałem o cudowności miejsca. Uleciałem w swoje zaświaty, spowite przeszłością…
Niedziela. Rano. Muszę wracać. Chociaż ja już nic nie muszę, ale Inni tak… Poznań nie czeka, nie woła, nie tęskni. Raczej wykrzywia gębę z niezadowolenia…
Wpadam w nastrój starego dziada, który jak mantrę powtarza – Ja już nie chcę. I każde pytanie kwituje tym zniechęceniem, tą rezygnacją.
W drodze zawsze jest jakiś cel, wymierzony, zamierzony lub wymuszony. Mojego celu nie widać, choć w drogę ruszam codziennie, jeszcze przed świtem…

piątek, 6 listopada 2009

Sam to wiem





…jestem bliżej morza, dwieście kilometrów od „domu” i pierwszy raz zaglądam Tu spoza pokładu mojego biurka. Dzisiaj ruszę na szczeniacki podryw z aparatem. Będę się uśmiechał do jezior, gnijących liści i miejsc mało mi znanych…
Pewnie opowiem, pewnie przeżyję, pewnie wrócę. Pewnie, na pewno, chyba

dobrze, że wyrwałem się z Poznania…

środa, 4 listopada 2009

smaki



Śnieg z deszczem, groch z kapustą, ja i moja była.
Wszystko niby do siebie pasuję, ale tylko jedno jest smaczne.
Dobrze namoczony groch, składników kilka i kapusta… pychota
Spędziłem dzisiaj dwie godziny na gadaniu  z moją byłą. I? Boże, jak my się dogadujemy. Boże, jak my się nie rozumiemy! Ona jest już w innym świecie, ja sam nie wiem gdzie… jestem dla niej jak brat-łata. Kiedyś myślałem, że będzie to niemożliwe, a jednak po prawie czternastu latach staliśmy się dobrymi przyjaciółmi.
Ale na prośby o adres bloga byłem nieustępliwy… Nie!!! ­– Inni oglądają i czytają, ja też chcę – padł argument, który miał mnie złamać… Nieustępliwe obiecałem pokazywać więcej zdjęć, ale bezpośrednio. Marzą się jej moje ujęcia na ścianach nowego mieszkania. – Ma być Szymon, mają być maki, może coś jeszcze…- wyznaczyła zlecenie. ­
– A może akt? – chciałem doprecyzować to coś jeszcze. Zbyła mnie milczeniem, zakładając wałki na włosy…
Nici z aktu.
A za oknem śnieg z deszczem…

wtorek, 3 listopada 2009

Uproszczenia



Sawicki, ja myślę, że dobrze się stało, że on zginął. Dla wszystkich…
To kwestia posterunkowego w jednej z ostatnich scen filmu Stuhra „Duże zwierzę”.
Gdy pierwszy raz go oglądałem (dziewięć lat temu) byłem zakochany i ten czarno-biały opis raczej mnie drażnił, niż dotykał. Dzisiaj wypełnił całego. I nie czuję się jak Zygmunt Sawicki. Czuję się jak wielbłąd. Prawdziwy, który mruczy, gdy słyszy muzykę klarnetu, który zażera się liśćmi, na którego włażą gapie, by zrobić sobie zdjęcie.
… dobrze się stało, że on zginął. Dla wszystkich…
Czuję otępienie i zwątpienie. Nakręcam się, wykręcam zagubione numery. Piszę, czytam, pstrykam foty i fotki, słucham…i nie mogę spać. Zabija mnie tkwienie i bycie. 
Bo co? 
Wyobraźcie sobie faceta, który ma za sobą dwa nieudane związki. Nie ma pracy, bo jego wyznanie, że jest hazardzistą stało się jego „hańbą”. Że ten facet od wielu miesięcy nie zarabia i żebrze to u byłej żony, to u Przyjaciela, to robiąc korektę, poprawiając czyjeś teksty lub zdjęcia, pisząc za kogoś coś, co ten przedstawia jako swoje… Że ma tyle długów, że ich spłacenie jest tak samo realne, jak to, że jutro będzie szczęśliwym… Że więcej (sic!) ciepła dostaje w sieci, niż od swoich najnajbliższych…
Czasami słyszę: jesteś silny! Czasami słyszę: jesteś gównem! Pierwsze dodaje mi wiary, drugie, dzięki Bogu,  JUŻ śmieszy…
Ale MUSI SIĘ COŚ STAĆ! Tak będzie dobrze dla wszystkich…


na zewnątrz




a różę (wyróżnienie), którą dostałem wczoraj od el przekazuję Tym wszystkim, którzy JESZCZE we mnie wierzą...

poniedziałek, 2 listopada 2009

LIST



Jesteśmy zmęczeni
Twoim narzekaniem i skomleniem o pieniądze.
Na co Ty je wydajesz? Wujek Rysio kupuje
pasztetową po 3,14 w Biedronce. Ale Ty nie!? Kupujesz tą
po 5,50 i to gdzie? W najdroższym markecie. Znajoma Cię tam
widziała, więc nie kłam.
Ponadto, co chwilę ktoś o Ciebie pyta. Kiedy oddasz te wszystkie
długi? Nie lubię jak telefon mnie budzi tuż po ósmej,
a listonosz wali do drzwi już od jedenastej! Czy Ty nie masz serca?
Poza tym te Twoje ciągłe pretensje! A, że dzieciństwo, a że zawsze
musiałeś być ojcem, synem, mężem!
Przestań narzekać i skomleć. Ucho mnie boli! To przez Ciebie!
Zabijać się chciałeś już jako piętnastolatek, więc z Tobą
zawsze było nie po kolei.
A poza tym: Ty nie dbasz o nikogo, nie pomagasz, nie dzwonisz,
nie piszesz.
A, że ten list sam sobie wymyśliłeś, to kolejny dowód
na to, że
Jesteśmy zmęczeni
Twoim narzekaniem i skomleniem.

statystyka