sobota, 31 października 2009

hipotezy



…łazimy z Szymonem po wertepach, zapomnianych parkach i pobojowiskach. On pyta, ja szukam odpowiedzi.
Do czasu… Bo nagle, może przez spotkaną kobietę w ciąży, mówię, że chciałbym jeszcze mieć… dziecko, chyba córkę. Sz. w ułamku sekundy smutnieje i zadaje desperacko pytanie: - A co ze mną, tato? Przecież masz mnie. Masz Weronikę! Co ze mną?
Musiałem Go uspokoić przytuleniem i prawdziwym wyznaniem: - Ty będziesz zawsze! Ciebie kocham naj…! na świecie!
Uspokoił się, ale chyba przez moment poczuł się zdradzony, smutny! – A gdyby tak się stało, przecież będziesz najlepszym bratem na świecie. Będziesz opiekował się siostrą lub bratem,  jak nikt inny! – No pewnie. Będę! – obiecał!
Dobrze, że nie zapytał, kto będzie mamą…Na to hipotetyczne pytanie już bym nie odpowiedział…

piątek, 30 października 2009

nastawienia



…aparat, podobnie jak ja, ma niebywałe funkcje: można ustawić indywidualne ustawienia. Ja po takim przestrojeniu chodzę, od co najmniej tygodnia, aparat od dzisiaj.
W mojej SZKLARNI fotografię skomponowałem z frazą wiersza Live update, Ewy Lipskiej, a że poemacik kończy się krukiem, ruszyłem na te złowrogie ptaki. Dwie godziny gonitwy z nowymi ustawieniami aparatu i dwieście zdjęć…
Duża frajda, trochę strachów i krakania. Ale ustawienia z migocącym obrazem i szybką migawką dały radochy po pachy. Tylko ludzie się dziwili, pukali w czoło, śmiali i ślinili… ale ich pominąłem, dzisiaj byłem za pan brat z ptaszyskami.
Kruki, sroki, wrony są złowieszcze, złodziejskie. Błyskotki, orzechy, kasztany, zimne listopady…Ale ja to mam gdzieś, niech się dzieje, co chce. 
Chcę mi się żyć! W nocy dostałem esemsa od Przyjaciela. I trzyma mnie i nakręca. Tak, Stasiu – jeszcze IM WSZYSTKIM POKAŻEMY, do cholery! 

czwartek, 29 października 2009

tak... i tak...



…jestem szczery. Prawdziwy. Bezpośredni. I dzisiaj chciałbym wykrzyczeć TU mój prywatny ból. Niezrozumienie. Ale zaciskam usta, gryzę w język i wargi. Milczę. I modlę się o wybaczenie. Wzajemne.
Dosyć tego enigmatycznego wstępu. Boli, ale przecież każdego COŚ strzyka. W sercu, łydce, karku…
Bo przecież było i pięknie:
Miałem tylko czterdzieści minut i osiemnastkę dzieciaków. Współczuję wychowawczyni Sz. Mam wielką słabość do maluchów, ale suma indywidualności na dwudziestu metrach kwadratowych i mnie przerosła… Porobiłem Im portery. Uśmiech, Smutek, Mina, Profil. I spociłem się jak szczur… To był naprawdę wysiłek. Ale cała klasa obfotografowana i ich buzie radują mnie z jednego z monitorów. W weekend obróbka i oddam i będę czekał na recenzję rodziców, a te mogą być różne… Ich dzieci są jednak bardziej przewidywalne…
Na pewno?
Mój Syn kwituję całe wydarzenie: - Wiesz, że koledzy i koleżanki Cię lubią? – Tak myślisz? A dlaczego? ­– Bo zawsze się uśmiechasz i rozmawiasz z nimi…

No i bądź tu mądry? Przecież tak wielu ludzi ma mnie za mruka… 

środa, 28 października 2009

światełka



Czasami tak niewiele brakuje, by moja gęba śmiała się głośno i wyraźnie, SOCZYŚCIE.
Zapominam o niewyspaniu, dochodzę do siebie. Idę na zdjęcia. Oglądałem przed chwilą. Sam się chwalę.
Odbieram fotoobraz dla Przyjaciela. Udał się. Chwali mnie obsługa w CCS-ie.
Nagabywany od dawna przez wychowawczynię Sz. oświadczam, że jutro przyjdę na ostatnią lekcję. Będę portretował osiemnastkę dzieciaków. Wcześniej uciekałem od prośby, bo nie miałem sprzętu. Ale teraz JEST! Działalność non profit, ale usłyszę: Dziękuję!
Była odwozi mnie i Sz. do domu. Zapraszam na obiad. Godzi się. – To najlepszy obiad, jaki w życiu jadłam – skwitowała. I nie mogłem uwierzyć, bo ona nigdy mnie nie chwali, zawsze coś jest nie tak. Ale nie dzisiaj. Dopytywała o przepis i inne tajemne dla niej szczegóły.

A teraz mój przepis na radość: Gdy mi się coś uda, chcę i uwielbiam być pochwalony. Nic więcej mi nie trzeba! 

wtorek, 27 października 2009

NIĆ



…zainwestowałem w pierwsze ogłoszenia prasowe i wirtualne. Wolałbym rubrykę towarzyskie, ale moje zachęty wylądują w usługach. Od czegoś trzeba zacząć.
Ofert jeszcze nie rozesłałem, bo sam list byłby śmieciem. Muszę przygotować prezentację, a to kolejna inwestycja… Spokojnie sieję i mam nadzieję na jakiekolwiek zbiory.
Konkurencja jest ogromna, ale wierzę w siebie. I trochę w łut szczęścia!
Nadal nie mogę spać. Dzisiaj doleżałem do 03.15. Dłużej nie potrafiłem, nie mogłem.
Co pół godziny, godzinę sprawdzam na wyświetlaczu komórki: która to, która? A gdy zasnę wracają złe klisze przeszłych potknięć, upadków i upodleń. Pojawiają się twarze ludzi, których chciałbym przeprosić i tych, od których chciałbym usłyszeć kilka wyjaśnień…
Wiem, że gdy jestem z kimś – obok, wtedy i noce bywają inne. A ten pusty pokój i w nocy i w dzień przyciąga upiory.
Jutro będzie Sz. To straszne wyznanie, ale dzięki Niemu lepiej sypiam. Czasami.
Chyba się upiję! Chyba...

poniedziałek, 26 października 2009

susz



W starym komputerze naście pozwów rozwodowych. Niektóre z orzekaniem o winie, inne bez. Kilka starych listów do mnie. Trochę czytam, częściej kasuję. Noc niespokojna osłabiła moją tolerancję na wspomnienia. Zwłaszcza takie.
Miałem być dzisiaj spokojny, nastawiony tak jak bark po zwichnięciu, ale…Słońce za oknem umęczyło, listy w komputerze poruszyły zastygłe emocje, a bezsenna noc dopełnia ten obraz.
Jestem zmęczony! Wytrącony.
Nie mogę dzisiaj wysłać ofert, bo zionie z nich grafomania i zastawiony smutek. Wiem, że potrafię się nakręcić w kilka sekund. Nie dzisiaj. Dzisiaj postoję. Odsapnę.
… i wyczyszczę dysk starego komputera byłej. Pozwy, listy, napomnienia i zagadki. 

niedziela, 25 października 2009

CEL



Zmiana czasu nie zmienia moich planów. Układam harmonogram zdarzeń. Gdyby nie to zmęczenie, przesilenie…gdyby…
Kawa za kawą. I tak doliczyłem do sześciu. Próbuję nie zasnąć. Szymon nie pił, więc śni.
Była przywiozła mi stary komputer, bo nie mam już gdzie trzymać zdjęć. Płyty rosną w kupki, a dysk puchnie i wciąż domaga się czyszczenia… Komputer rzęzi i charczy, trochę jak brat bliźniak, ale skoro ja pomieściłem w sobie tyle smutków, on musi udźwignąć zdjęcia. Bywają radosne…
Była zabiera Sz. I lustruje mieszkanie; dopada kuchni, w której dziesiątki słoików nabierają aromatów. – A co Sz. lubi naj?… Bo ja ogórki… i poszli, pojechali. Ogórki też…
A ja w zielone gram i wierzę, że Ikar poleeeci, że się uda!

sobota, 24 października 2009

garściami



…niesamowite zdjęcia sprzed stu lat. Wrażenie. Ciarki. Emocje. Przez ostatnią godzinę niektóre z nich skanowałem. W nocy lub rano dopracuję, by popołudniu oddać efekt swojej pracy… Nie mogę pokazać Wam tych cudeniek, bo ktoś mi zawierzył. A ja już… nie zdradzam, nie wykorzystuję. Staram się…
Siedem godzin łażenia po Poznaniu i wsłuchiwanie się w opowieści Syna. Wrócił z wyprawy do Torunia. Też miał swoje wrażenia, ciarki i emocje…
Porobiliśmy trochę zdjęć i mam świadomość spokoju. Wcześniej, gdy aparat wpadał w moje ręce, szalałem na lewo i prawo. Teraz łatwiej znaleźć środek…
Układam plany własnych inicjatyw. Jak zarabiać, jak spłacać Canona? Nie brakuje mi inwencji. Zakładam nawet w kilku sprawach porażkę, ale mój plan zakłada także sukces. Tworzę oferty i żądania… nadchodzi lepszy czas. Czas lepszej walki. Nie tylko o jutro, lecz o całe przyszłe życie! 

piątek, 23 października 2009

Strefa rzeczy realnych



…zwłaszcza, że…
Pojadę do Buenos Aires. Pojadę! I usiądę w Bibliotece Narodowej i w oryginale będę szeptał, a potem moje słowa przerodzą się w krzyk. A Jorge Luis Borges będzie obok mnie!
Zaczynam wierzyć w wydarzenia niemożliwe.
Maaam aparat. Tak! Ludzie bywają piękni! Na (Jego-moje) raty będę musiał zarabiać! Ale jeeest. Nie cieszyłem się taaak od lat. Znowu czuję się jak szczenię. Znowu mogę zostać psem. Rasowym. Koniec skudlenia.
Mój przyjaciel jest Wielkim Człowiekiem.
- Nie mogę cały czas dawać ci ryb, pomogłem Ci zdobyć wędkę – orzekł i sprawił, że chcę mi się szczekać, wyć, skakać, a nawet tańczyć!
Dziękuję STASIU!
Wróciłem w stanie fizycznego wyczerpania, psychicznego otrzeźwienia. I to nie jest tylko dar aparatu, TO JEST tak: Odczułem bezmierne uwielbienie, bezmierną litość (JLB).
Wymyślam się od nowa.
/
…zwłaszcza, że… Są Ludzie, Którzy mnie Kochają. Prawdziwie. 

środa, 21 października 2009

LECĘ. Czeka




Śpiąc z kamieniem pod głową przez sen kruchy
Czuję ziarenko grochu uwiera pod językiem
(...)
I budzę się zaraz po nieskończonym polu
- słupy horyzontu stoją zawsze dalej -
Chodzę na czworakach szukam miejsca pod zasiew.
( z Rafała Wojaczka)

wtorek, 20 października 2009

pułapka



Głupiec! Dureń! Dzieciak! Łajza! To głos wewnętrzny…
Wyruszyłem na opieńki (im mróz nie szkodzi), a październik, to zwykle okres wysypu. Tak to pamiętam z dzieciństwa. Stwórca łaskawie namalował podobny zagajnik do tego utraconego na Kaszubach.
Pojechałem. Polazłem. I? Zgubiłem się strasznie. Przez dziki! Martwe. Słaniały się, a potem zaczęły padać. Jeden, drugi, trzeci… Młode warchlaki. A ja dwanaście kilometrów od dworca wylazłem we wsi, o której istnieniu nie miałem pojęcia. I na piechotę spieszyłem się do domu, bo zaraz po basenie była miała przywieźć Sz. Ona zapomniała telefonu, więc nie mogłem wołać: - Przepraszam, spóźnię się!
Poinformowałem miejscowego leśniczego o moich dzikach i już wierzyłem w wygraną. Jeden stop, drugi stop, trzeci autobus... I! Wypadek. Korek na dziesięć kilometrów. Wkurzony wyskoczyłem z busa i z buta.
Jestem, ale zmęczony i oburzony pechem. Liczę minuty i złotówki. Jutro jadę (bez błądzenia) do Przyjaciela!
Zawieźć zdjęcia i pooooooooooooooogadać! Jest potrzeba! Brakuje mi Jego spokoju! 

poniedziałek, 19 października 2009

Rachunki



Wytarłeś wrażenie
pierwszej nocy
język
mieli kłamstwa
źdźbła duszy
nic się nie zdarzyło
wymyśliłeś mnie
poniżej sutka rośnie
guz
wytną
całe ciało zapomni
twoje pocałunki
nic się nie zdarzyło
wymyśliłeś mnie


a gdybym
obrzydliwie przytulił się do skalpela
i ciął, rąbał, wyrzynał
przeszłość?
gdybym wyznał,
że to tylko fotografia?
nic się nie zdarzyło




wymyśl mnie




niedziela, 18 października 2009

Samotna niedziela



W tramwaju kobiety (pielęgniarki?) rozmawiają o grudniowych dyżurach. Jedna pracuje w wigilię, blondynka w drugie święto. Żadna nie jest zadowolona, tym bardziej, że Basia znowu się wywinęła. To jej trzecia święta w domu, cholera…
Na starym stadionie Lecha, pobojowisku butelek, zepsutych butów i gnijących liści, w samo południe, obok otwartego wina i wilgoci spróchniałego drzewa, kobieta oparta o korę z oczami w chmurach przyjmuje nasienie brodatego mężczyzny. Nie przeszkadza mu pet w zębach, by wyznać swoją miłość: …jesteś MOOOOOOOOJAA!!!!!!!!!
Pięćset metrów dalej kościelny sprzedaje książki. Jest dosadny: Nowy papież, nowy. Mam jeszcze tylko dwie sztuki!
W parku Kasprowicza pijana kobieta rozmawia z psem. Tłumaczy mu swój stan: Mam dosyć. Wiesz? Ty, wiesz Jeżu… Słucham obok. Zapalam papierosa. Jeżu, poproś pana o fajkę…Podaję. Odchodzę. W tle słyszę zagadkę dla psa: - A gdzie jest twój pan, Jeżu? 

sobota, 17 października 2009

warunek




Boli mnie wszystko, co nie powinno boleć. Boli też TO, co łupie zwykle. To nie lekcja anatomii, więc nie będzie wypisu narządów i wkładania komórek pod lupę. Bo wiem, że ozdrowienie przyjdzie, gdy za oknem przestanie siąpić, nużyć, wkurzać…
Jesienna deprecha dopełnia obraz moich boleści.
Przez całą noc dostawałem esemesy z cytatami idiotycznych piosenek disco-polo (wiem, bo sprawdziłem). Odpisałem na dwa pierwsze, bo początek nie był durny. Błąd. Nadawca swojskiej poezji poczuł(a) się rozochocony i słał, słał, słał. Razem 38 esemesów. Pierwszy o 22.12. Ostatni o 3. 14. Wiem, powinienem wyłączyć telefon, ale gdzieś zapodziałem pin i bałem się wyłączenia zupełnego!
Dzisiaj, tuż po dziesiątej nadawca przepraszał za nocne pisanie, ale usprawiedliwiał się… jesienną depresją…A pan na takiego smutnego wygląda, chciałam dobrze…
Przyjąłem przeprosiny, ale już się boję nocy. Odnalazłem pin w czeluściach swojej pamięci i dzisiaj… bez odbioru. Posmucę się sam… 


piątek, 16 października 2009

kruszenie skorupy



Spotkane dzisiaj kobiety były zadziwiając-e-o (miłe). Dla mnie…

W markecie:
- Ma pan naszą kartę?
- Nie…
- A dlaczego? Tak często pan do nas przychodzi…
- A może przychodzę do… i dla pani?
- Naprawdę? O przepraszam… To czekam następnej wizyty.

Na treningu tenisa Sz.
- Przepraszam, że zaczepiam, ale chyba często widzę pana z aparatem na szyi. Prawda?
- Prawda. A gdzie mnie pani widziała?
- Oj… W przeróżnych miejscach. Ostatnio nawet we śnie…
- Robiłem pani zdjęcia?
- Tak. Akt.
- cisza
- Zarumienił się pan!
- Reakcja na pani sen. Ale jeszcze nie płonę (lekki uśmiech)
- A robił pan kiedyś akty?
- Mam ze sobą nieśmiałe próby…
- A da mi pan swój numer telefonu?
Dałem…sam nie poprosiłem! 

SZKLARNIA




NIE MOGĘ usiedzieć (spokojnie). Robię kilometry na trasie kuchnia – pokój. Co pewien czas coś wkładam do słoików i cieszę się jak konik na biegunach. Kołyszę się i bujam z małych sukcesów…



Próbowałem od dawna założyć drugą stronę na blogspocie, by prezentować zdjęcia w dużym formacie. Ale… nic z tego nie przypadło mi do gustu…, a więc zapraszam na http://szklarnia.wordpress.com/
Dzisiaj pierwsze ujęcie. Słowa będę krępował, ograniczał, tłamsił! Będę drażnił siebie i Was, jeżeli będziecie mnie odwiedzali także tam…
Wysyłam zdjęcia, na których chcę zbić majątek (WŁAŚNIE dławią mnie łzy ŚMIECHU). Ślę na konkursy, by mieć – zdobyć aparat. I w ogóle nie MOGĘ USIEDZIEĆ!


czwartek, 15 października 2009

zdjęcia-zajęcia?



…przez zimno za oknem, przez okruch lodu w sercu, przez milczący telefon i pustą (prawie) skrzynkę, która upodabnia się do mojego portfela…
Obudziłem się zły, markotny, marudzący. Wyjście na targ okupiłem kaszlem, spojrzenie za okno bólem głowy. I tak użalałem się w odpowiedziach na pytania o zmarnowane życie.
Tak było, a potem jeden komentarz na blogu, obudził mnie i moje członki. Obudziła mnie Anches.
Nie wiem czy coś z tego będzie…, ale sugestia, by sprzedawać swoje zdjęcia (w necie, stocki), szybko uruchomiła lawinę nacisków na klawiaturę. Przez wolną sieć trwało to długo, ale wrzuciłem siedem zdjęć, po uprzedniej rejestracji i złożeniu cyrografów dotyczących praw autorskich…
Teraz obejrzę tysiące ujęć, zaznaczę właściwe, spełniające warunki i oczekiwania i będę, będę czekał. Niech się, do cholery, wreszcie, w końcu coś ruszy.
Dziękuję Anches. Rzeczy proste wydają się (czasami) skomplikowane…

środa, 14 października 2009

rzeźbiarze

Wymięty, wygnieciony, taki mordoklejka…

Wiem! Macie rodziny, tuziny obowiązków przed południem i kopę do zaśnięcia.

Wiem! Jesteście samotni, gaz kojarzy się wam z wonią śniadań w pojedynkę, bo jedzenie straciło smak, tuż po tym, gdy odszedł…, odeszła…

Wiem! Macie przeklęte wspomnienia i kilka kredytów. Zamiast wina pijecie sikacze. W nocy budzi sen znużenia.

Wiem! Macie dosyć pochmurnych listów, głupich braków w odpowiedziach.

Wiem! Macie światy równoległe, porozrzucane cząstki elementarne i wolelibyście być teraz TAM, bo TU jest zawsze na opak, wspak, byle jak.

Wiecie! Jestem mordoklejka!

wtorek, 13 października 2009

BYĆ



Los przeciskał się przez tłum tańczących par, kierując się ku wyjściu.
(Jerzy Kosiński, Wystarczy być)

poniedziałek, 12 października 2009

ostrożność

…nie lekceważę jesieni. To zwykle zły czas dla mnie. Budzi się we mnie demon uzależnienia, bestia unicestwienia.

Były październiki i listopady spokojne. Ale kilka razy zaczynało się już we wrześniu i ciągnęło się, przeciągało na zimę, wiosnę, lato… i kolejną jesień. Pilnuję się, baczę na myśli i kroki. Wiem, że stąpam po lodzie. A ten tylko czeka, by wrócić do stanu pierwotnego i pociągnąć mnie na dno…

Sam się straszę? Nie! Sam się pilnuję.

Jadę jutro do przyjaciela. Darzy mu się uroczysty dzień. Muszę tam być i chcę. Czekam jego spojrzeń. Czasami myślę, że to, w jaki sposób na mnie patrzy, przywołuję mnie do porządku. Do pionu. Do równowagi.

Trwam w oczekiwaniu na wyjazd, trwam w wolnej od zła jesieni…

niedziela, 11 października 2009

Otwarcie?

Nieustanność myśli łechce nadzieje. Bronię się przed bezwzględnością przeszłych czynów. (Chyba) Wbrew zdrowemu rozsądkowi wciąż znajduję sobie zajęcia, które zżerają czas i złe myśli. W konfesjonale tłumaczyłem się dzisiaj ze swoich błędnych myśli i głupich czynów. Ksiądz radził zawierzenie i ja mu się poddaje…, ale w tej wierze muszę być aktywnym, czynnym. Próbuję się wymyślić od nowa.

Wiem już, że bramy mojej profesji są dla mnie zamknięte. Wiem, to szukając pracy, ale jestem wybredny. Cokolwiek będę robił nie ma to przynosić tylko pieniędzy, ale i satysfakcję.

Odrzucając i przewracając szpalty ogłoszeń wiem, że mógłbym robić dwie rzeczy. Zarabiać i się cieszyć! Zdjęcia i gotować.

Zdjęcia – trudne, bo muszę wyczarować aparat. Gotować – łatwiejsze, tylko jak zacząć, gdzie jest linia startu?

Nie mogę być zmyślony, ale muszę być stworzony. Na nowo. Przez siebie. Inni muszą tylko lub zapalić świeczkę, by dostrzec mój zapał, moją walkę o trwanie…

sobota, 10 października 2009

zamknięty...

Dzwoni właściciel mieszkania. Kręcę, zachowując pewność w głosie. Umawiamy się na „za kilka dni”…

Straceńcy – tacy jak ja – liczą, że cud może zdarzyć się w każdej sekundzie… Na cuda w byciu obok mojej byłej już nie liczę… (- A liczyłeś? – Tak!). Wczoraj i dzisiaj pomagałem jej w przeprowadzaniu, wyprowadzaniu, noszeniu, pakowaniu, sprzątaniu… I wiem jedno: Musi naprawdę upłynąć wiele czasu, aby mi wybaczyła. Jest w niej tyle zgorzknienia i bólu, że nawet w niewinnym przygotowaniu kawy, ona doszukuje się złego, czasu przeszłego. I mówi, mówi, mówi. Boli, boli, boli.

Traktuje mnie jak dobrego kompana, kumpla, przyjaciela. Jakoś nie mogę dopasować się do tej roli, ale chyba do niej pasuję…

Czekam na Szymona. Miał być dzisiaj, ale koledzy też mają swoje prawa. W wolnych chwilach zaprawiam, doprawiam i wyprawiam się z myślami w przyszłość, bo przeszłość ma smak zepsuty…

piątek, 9 października 2009

Odpowiedź

Drogi Panie!

Odpisuję na Pański błagalny list

tylko, dlatego, że nasza firma ma

Certyfikat ISO 90 2008.

Pańskie skomlenie o pracę

Gówno nas obchodzi (piszę specjalnie przez duże G,

by wiedział Pan jak bardzo mamy Pana w dupie).

Codziennie dostajemy około stu podobnych listów,

ale Pański śmierdział potem i łzami. Gdy go czytałem

musiałem otworzyć okna, tak cuchnęło śmiercią.

Pani Zosia z kadr przybiegła, bo były przeciągi, ale

zrozumiała moje postępowanie. Też się śmiała i

zatykała nos.

Gdy wyszła, stanąłem na parapecie i chciałem

skoczyć. To Pana wina! Zaraził mnie Pan tym

przygnębieniem.

Piszę do Pana z domu, bo od tygodnia jestem

na chorobowym. Już piję ocet, by zab(p)ić pański

smród. Zwariowałem! Przyniosłem Pański

list do domu.

Leży obok zdjęć moich zmarłych Rodziców.

Z poważaniem

Marek JakiśTam, starszy referent ds. odpowiedzi

na błagalne i beznadziejne listy.

czwartek, 8 października 2009

blask słów

W październiku 2006 roku lecąc do Wiednia, wkurzony na pośpiech, zapominalstwo i wczesną porę, wstąpiłem do księgarni na lotnisku. Miałem dziesięć minut. Czytałem biogramy mi znane i te tajemnicze. Tak natrafiłem na „Lis już wtedy był myśliwym”. Gdy wyczytałem listę nagród autorki, pomyślałem: - No, tylko Nobla brakuje… Dzisiaj dostała! Herta Mueller!

Śmieszą mnie dziennikarze, którzy rozkładają ręce i pytają publikę – A któż to? To pytanie pozwala im jednak na wygłaszanie sądów, że nagroda trafiła do złej pisarki! G… prawda!

Adina zgniata kartkę i kopertę w dłoni i czuje suchość papieru w gardle – ­to jeden z wersów zakreślonych przeze mnie ołówkiem, trzy lata temu.

Pisarstwo Muller jest ciężkie, zawiłe, często czarne. Ale jest zabójczo poetyckie. Podchodziłem do tej książki dwa razy. W samolocie zasnąłem, w łóżku już nie potrafiłem …

Rzadko, a raczej wcale, piszę tutaj wprost o literaturze. Ale dzisiaj jestem uradowany i zbudowany. Patrzę przez umyte okna, szczerze się do nieba żółtymi zębami-słońcami, a potem sięgam i czytam, czytam, czytam:

Za oknem jest ciemno , topola zniknęła. Odbija się żarówka, sufit, szafa i ściana, gniazdka i drzwi. Pokój, jak pół okna, przygarbiony i skurczony do wielkości szkła. I nikogo nie ma w środku.

środa, 7 października 2009

Niepoprawnie głodny

Są sprawy, o których zakazujemy rozmawiać dzieciom, ale dlaczego sami jesteśmy aż TAK pruderyjni, milcząc i męcząc się?

A ja się męczę. Bardzo. Jest katalog spraw ważnych, który powinien przesłaniać mi świat, ale nie będę krępował swoich pragnień! Tak, jestem głodny seksu. Już wariuję w tych zmaganiach licealisty…

Podglądanie kobiet na ulicy, w parku, snach prowadzi mnie do wycia do księżyca. Nawołuję wilczycy… Nic z tego!

Mógłbym spróbować zacytować poetę lub sam sklecić wiersz ze słów delikatnych i łkać, łkać, łkać.

Mógłbym założyć profil w serwisie randkowym i określić swoje oczekiwania jednoznacznie i czekać, czekać, czekać.

Mógłbym zaprosić tanią, szybką ko-leżankę i mieć kaca, wielkiego, potwornego.

Mógłbym…

Nic nie mogę. Tylko chcę…

tęsknoty, wielkie




Dwie świece,
Dwie kukły wbite na jeden patyk,
Parę kochanków, co korzysta spiesznie
Z przyćmionych świateł.
(z Grochowiaka)

wtorek, 6 października 2009

LALKA

zdjęcie nie przedstawia opisywanej historii


To nie sen. Nie sceny filmu.

Co pewien czas spotykam dwudziestokilkuletnią kobietę z wózkiem. W wózku jest spora lalka. Kobieta rozmawia z nią, pociesza lub matczynie gani. Co kilkadziesiąt metrów wyjmuję z wózka i tuli, i przytula, i kocha…

Kobieta jest brzydka i zaniedbana. Ale nie jest brudna, fatalna. Jest w innym świecie.

Gdy chodziłem po Poznaniu z aparatem, nie miałem sumienia zrobić Im zdjęcia. Wydawało mi się to zbyt grzeszne, ale gapiłem się na Nie i w Ich kierunku. Ostrożnie śledziłem, podglądałem, zaglądałem…

Dzisiaj stało się COŚ, co mną targnęło, wzruszyło. Kobieta bierze lalkę w ramiona. Robi to jednak niezgrabnie i zbyt zachłannie. Lalka wypada, spada na chodnik… Kobieta podnosi , tuli, a potem rzewnie i jakże prawdziwie PŁACZE!

Stałem i nie wiedziałem, co ze sobą począć. Tak bardzo chciałem ją pocieszyć… Uciekłem do kuchni…

Dzisiaj pachnę cytryną i czosnkiem…

poniedziałek, 5 października 2009

historie kuchenne

Szukam zajęć. Praca sama mnie nie znajdzie. Nie cierpię na stanowiska, doskwiera mi brak gotówki. Gdy słyszę setki odmów ląduję w kuchni. Poza gruszkami i ogórkami odnalazłem tam dzisiaj Margo…

No niezupełnie. Nie wylądowała tam na miotle, ani nie była omamem. Odebrałem Ją z dworca, a wcześniej z bloga… Okazuje się, że ludzie po drugiej stronie monitora bywają prawdziwi, a ponadto (!) piękni.

Ludzie orzekli, że jest siedem cudów świata i w tej klasyfikacji wciąż ktoś dodaje ten ósmy. Ja mam swoje trzy i nie urządzam prywaty… Otóż są to: zachód słońca, wschód słońca i Kobieta W Ciąży… A Margo jest w stanie błogosławionym, więc miałem dzisiaj (we własnej kuchni) do czynienia z Cudem…

Pachnę goździkami i podziękowaniami za słowa Margo. Warto spotkać drugiego człowieka…

niedziela, 4 października 2009

smaki

Czasami pachnę udręką. Często tęsknotami, zniechęceniem i bezradnością. Czuć ode mnie woń depresji, podlanej tanim alkoholem. Bywa, że moje nozdrza wypełnia zapach radości i nadziei. Wtedy czuję, że obok jest Szymon.

Najgorzej, gdy śmierdzę śmiercią. Wtedy błądzę po pokoju, mieście, lesie. Szukam wiary i idę do świątyni drzew i krzyży. Szukam swoich zapachów, swoich smaków…

Od pewnego czasu całe mieszkanie, więc i ja, jesteśmy pełni grzybów. Dzisiaj walczył z nim, nimi zapach papryki.

Uwielbiam paprykę za kształt, smak, skomplikowanie… i prostotę. Pięć słoików! Tyle miałem, tyle zamarynowałem. Pomocne dłonie Szymona kroiły czerwony miąższ i wywarem zalałem te cudowności…

W mojej głowie krąży pomysł na gruszki w zalewie, wspominam dzieciństwo i już czekam ranka, by wybrać się na miejski targ. Już planuję dokupienie goździków… Sprawdzam czy jest cynamon. Jest. Tylko słoików brakuje, ale co tam… coś wymyślę.

Takie problemy potrafię rozwiązywać

sobota, 3 października 2009

las i...

Jeszcze widzę, jeszcze czuję… Kolejny maraton obcowania z naturą.

Niestety nie mam aparatu, więc musicie uwierzyć mi na słowo: widziałem pięknego, wielkiego, gapiącego się na mnie – jelenia. Śpiewał na rykowisku i nic, a nic nie bał się mojej obecności. Płoche sarny i kozły natychmiast uciekają, a ten stał i dawał mi do zrozumienia: - Jestem u siebie!

Podobnie zachowywał się lis, ale jego pewność siebie budziła we mnie strach (wścieklizna…), więc uciekłem. TAK! Uciekłem przed lisem, a z jeleniem strzelałem gęby…

Przyjechał Szymon, a ja dopiero wylazłem z kuchni. Mam już ponad dwadzieścia słoików grzybów w marynacie (było więcej, ale już kilka wydałem), dwa słoje suszonych borowików i wielką michę podgrzybków i prawdziwków w lodówce, na obiad, na jutro. W śmietanie…

Tak mnie wzięło, że jutro mam zamiar zaprosić do weków warzywa i owoce…

Tylko, dla kogo ja to robię? Szymon odpowiada natychmiast: - Dla nas, tato!

…dla Niego „NAS” liczy się do trzech…

Przebudzenie



Nawiedzone też są ręce
Które same piszą poemat
Nawiedzona jest miłość moja
Do Madonny której nie ma
(z Harasymowicza)

piątek, 2 października 2009

OKALECZENI

Byłem w księgarni… męczarnie. Dotykałem, pogłaskałem, ukradłem kilka słów i myk… Skręciłem w lewo, dwa razy w prawo i już oczy dostrzegały witrynę sklepu z cudeńkami, aparatami. Wycofałem się. Po co mi te katusze? I tak nie kupię, nawet na raty… Męczarnię ukoiłem w najlepszej poznańskiej jadłodajni (Jowicie).

Dwa dania, gazeta, dziesiątki mlaskających. Rewelacja! Być wśród ludzi. Każdego chciałem wycałować, ale po oględnym przejrzeniu kadr stołówki, wybrałem trzy dorodne jabłka, dwie gruszki i jedną śliwkę. Rozszyfrowując były rude, szatynki i zmęczona, lecz piękna blondynka.

Jestem syty…

I to wszystko dzięki mojej byłej. Ona żąda ode mnie pieniędzy, a sama: - Ostatni raz mogę Ci pomóc – orzekła. Pobiegłem, więc do Biedronki i piorę, i gotuję i mam udany piątek…

A jutro, Ona na imprezę, a u mnie wieczorem Szymon….

Okaleczeni! Ze skrajności w skrajność…

czwartek, 1 października 2009

kęs

zaciszam

uciszam

wyciszam

milknę zaklęciami

kredką do oczu piszę

na lustrze

szminką dorysowuję piegi

zmieniam się

odmieniam

wymieniam

zamieniam przekleństwa

na modlitwę

proszę wejść

zostać

zatrzymać się i

dać mi po pysku

statystyka